|
środa, 27 kwietnia 2011
"Nutka" nr 48: Boris - "Pink" (2005)
Czy jest na sali osoba znająca japoński ? Nie ? Świetnie, nie będziecie sobie zaprzątać głowy tekstami, skupicie się tylko na muzyce - tak mógłby brzmieć wstęp do wykładu o zespole Boris z Kraju Kwitnącej Wiśni. Czego możemy się spodziewać po azjatach z gitarami ? Bądźcie pewni, że niczego co ma związek z Hello Kitty, lub innymi j-popami. Przed Wami płyta, która zniszczy głośniki i poszarpie subwoofer.
W tej płycie urzeka przede wszystkim brzmienie tak brudne i chropowate, dość charakterystyczne dla kultowej kapeli. Z ogromnymi wpływami estetyki shoegaze, oraz psychodelii, mieszając alternatywny rock z doom/sludge metalem, japończycy stworzyli potwora na miarę Godzilli. Nie dajcie się zwieść otwierającemu album kawałkowi "Farewall" (nota bene główny muzyczny motyw z filmu "The Limits Of Control" Jima Jarmuscha), który klimatem może przypominać utwory z legendarnego albumu "Loveless" My Bloody Valentine. To tylko delikatny wstęp, choć i tutaj produkcja jest tak surowa, że aż bolą uszy. Dalej jest już tylko bezkompromisowa jazda na przestrojony bas, surowe solówki i walącą perkusję. Następne trzy w kolejności utwory "Pink", "Woman On The Screen" oraz "Nothing Special" dowodzą tylko tezie, że w kategorii 'hałas' Boris nie ma sobie równych. Wraz z kawałkiem "Blackout" przychodzi wytchnienie, ale bardzo niepokojące. Ciężki basowy riff to wypadkowa muzyki pokroju Sunn 0))), z resztą zespoły współpracowały ze sobą dość często. Przy instrumentalnym i troszkę zbyt krótkim "Electric", daje się potupać nogą, pojawia się nawet melodia, którą można zapamiętać, a to sztuka mocno utrudniona przy takiej dawce dźwiękowego zgiełku. Uwierzcie mi. Jednym z ciekawszych pozycji na albumie, to nr 8 "Afterburner", w którym nieobce są wpływy Black Sabbath (a może nawet Kyuss ?). "Just Abandonen My-Self", zamykający całość utwór, trwający przeszło 18 minut, to znów wręcz punkowa jazda bez trzymanki, natomiast gdzieś w połowie zaczyna się zabawa ze sprzężeniami i efektami, które po prostu robią z naszego mózgu różową papkę. "Pink" to album dla odważnych słuchaczy, którzy z niejednego pieca chleb zjadali. Dla tych których nie odstrasza hałas i pozorny brak ładu. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu i piękne współgra. Szkoda tylko, że nie znam japońskiego...
niedziela, 20 lutego 2011
"Nutka" nr 47: Radiohead - "The King Of Limbs" (18.02.2011)
Jest taki jeden zespół, który uwielbia zaskakiwać nie tylko swoich fanów, ale i cały rynek muzyczny. Zespół, który na swoim koncie ma tak odmienne płyty w swej dyskografii, że mógłby obdarować swoim repertuarem dzieciaków z gitarami grających w garażu z jednej strony, z drugiej zaś wysublimowanego producenta muzyki elektronicznej wykonującego swoje dj'skie sety gdzieś w podziemiach berlińskich klubów. Ależ ci muzycy lubią bawić się z słuchaczem! Radiohead wraz ze swoim nowym wydawnictwem, po raz kolejny udowodnili, że są wyjątkowi.
Ta wyjątkowość to nie tylko wspaniałe płyty, żeby wspomnieć choćby "Ok Computer" czy "Kid-A", to również podejście do swojej pracy i zaangażowanie w muzykę. Oddanie się w całości poszukiwaniom i szukaniu wciąż czegoś nowego. Słychać to doskonale na przykładzie "The King Of Limbs", ten zespół nie zatrzymał się po wspomnianych wyżej arcydziełach w swoim rozwoju, wręcz przeciwnie. Wciąż rozgląda się za nowymi trendami, wytyczając jednocześnie ścieżki muzycznego eklektyzmu. Po średniej "In Rainbows" radiogłowi proponują nam dziełko do którego będziemy podchodzić za każdym razem z co raz to większą dozą sympatii i podziwu. Trochę nas do tego przyzwyczaili, trzeba się otworzyć i dać się unieść tej muzyce. Otwierający kawałek "Bloom" może ten lot trochę zaburzyć, kiedy pojawia się dziwny synkopowany bit, to wpadamy nawet w lekkie turbulencje, natomiast hipnotyczna partia orkiestrowo-dęta wyrównouje pułap i pozwala nam delikatnie szybować w głąb dźwięków. Tak po krótce kształtuje się płyta, właściwie ten nr 1 daje nam świadectwo tego co możemy usłyszeć. W tym miejscu należy wspomnieć o kawałku "Lotus Flower", chyba najbardziej przystępnym i "dostępnym", do którego został zrealizowany zaskakujący klip. Tak oto mamy jedyną w swoim rodzaju okazję podglądnąć pląsającego Thoma Yorke'a. Resztę utworów musicie sprawdzić sami, osobiście przekonać się, że ten zespół jeszcze nie raz nas zaskoczy. Wiemy, że Radiohead postępują na przekór rynkowi muzycznemu np. wydając swoje płyty jednynie za pośrednicwtem internetu ("In Rainbows"), w tym przypadku o wydaniu swojej nowej płyty poinformowali 5 dni przed premierą. Kto odważyłby się na taki zabieg marketingowy i artystyczny ? Kto może pozwolić sobie na igranie ze światkiem muzycznym jak nie oni ? Radiohead są jedyni, niepowtarzalni. Przekonajcie się sami sięgając po tę piękną płytę.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
"Nutka" nr 46: Electric Wizard - "Dopethrone" (2000)
Jeszcze tak długiej przerwy w pisaniu nie miałem. Poczucie obowiązku i sumienie skłoniły mnie, do tego, żeby w końcu zakasać rękawy i "skrobnąć" kilka słów o nowej fascynacji. O zespole i płycie, która niszczy słuch i zmienia podejście do słuchania metalowego rzemiosła.
Kiedyś myślałem, że dobry metal musi mieć przedrostek thrash, żeby wokalista ładnie wrzeszczał, riffy były cięte, solówki długie a tempo szaleńcze. Jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że fajnie byłoby, żeby gitary miały w sobie ciężar, a perkusja wraz z basem tworzyła fajny groove. Teraz już wiem, że gdy chcemy posłuchać naprawdę szalonego i nieobliczalnego metalowego rzemiosła musimy sięgnąć po ten, który zwie się doom. Ta płyta doskonale nadaje się jako start z przygodą, która niewątpliwie odbije swe piętno na naszej muzycznej wrażliwości. Płyta "Dopethorne" wraz z poprzednią "Come My Fanatics..." stały się kamieniami milowymi w twórczości kapeli z Dorset, dały podwaliny pod całą nową falę tego typu grania. Recenzenci zachwycali się, że jest to "absolutnie najwolniejszy, najcięższy doom metal, jaki możecie sobie wyobrazić", i wcale nie przesadzali. Gdy słucha się tych szatańskich dźwięków, mega przestrojonych gitar (oczywiście w dół-ile się da), mocno zmanipulowanych wokali Oborna, nie ma wątpliwości, że to muzyka nietuzinkowa. Wystarczy, wspomnieć tu o kawałkach "Weird Tales", "I, the Witchfinder" czy "Dopethrone" (każdy z nich trwa grubo ponad 10 minut), by zdobyć się na stwierdzenie, że to ekstremum w muzyce. Fakt, nie jest to rzecz dla wszystkich, trzeba sporo samozaparcia by przebrnąć przez te epickie utwory, w których bas dziurawi głośniki, a wokal niczym diabelski krzyk wdziera się nam w głowę, ale kiedy już damy się zahipnotyzować, wpadamy w nirwanę i nic wokół się nie liczy. Jestem przekonany, że sam Lucyfer puszczał poprzednie płyty Electric Wizard w piekielnej otchłani popalając jointa (przyjrzyjcie się okładce), śmiejąc się szaleńczo... Ten śmiech musieli usłyszeć muzycy, innej możliwości powstania tej płyty nie widzę.
P.S Za długą zwłokę i brak jakiejkolwiek notatki w nowym roku przepraszam, przy okazji licząc na wyrozumiałość czytelników (choć wcale wielu ich nie ma) oraz składając spóźnione lecz szczere noworoczne życzenia !
czwartek, 14 października 2010
"Nutka" nr 45: Meshuggah - "ObZen" (2008)
Powiem (a właściwie napiszę) szczerze, że pochłonęło mnie granie, które jest dla większej części zjadaczy muzycznego chleba, nie do słuchania. A to ze względu na brutalność, czy moc, na pozornej bezsensowności kończąc. Poprzednia opisana przeze mnie płyta, faktycznie może sprawiać wrażenie "głupiej", w tym przypadku natomiast, sprawa już nie jest tak prosta do ogarnięcia. Postawiłem sobie wyzwanie opisania, bądź przynajmniej lekkiego nakreślenia, tego co kryje się pod tytułem "ObZen". Jeśli czytają to dzieci, proszę o zamknięcie ich w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu (tym bardziej, jeśli będziecie mieli ochotę na małą próbkę dźwięków). Meshuggah.
Śliczna to muzyka, na prawdę. Tak skondensowanej bomby energetycznej dawno nie gościłem w swoim odtwarzaczu. Szwedzi z szalonego zespołu (Meshuggah oznacza w języku jidysz właśnie "szalony") proponują potężną dawkę metalowego rzemiosła, ale nie wyobrażajcie sobie, że jest to tępe napieprzanie w perkusje i szarpanie strun tak szybko jak tylko się da. Fakt, na pierwszy rzut ucha tak właśnie może to brzmieć, natomiast po dwóch czy trzech kawałkach, wiemy już, że prostota leży tu jedynie w odczytaniu symboliki okładki. To jak perfekcyjna technicznie jest to płyta, raczej dałbym do opisania muzykologom i teoretykom dźwięków, sam po prostu nie potrafię przekazać w kilku słowach wszystkich tych zmian tempa, synkop, polirytmicznych kompozycji czy chromatyki neo-jazzowej która daje się we znaki właściwie w każdym utworze. Wystarczy wspomnieć tu kawałek "Bleed", który doskonale nadaje się jako prezentacja całej płyty, choć oczywiście jest to stwierdzenie mocno na wyrost. Zespół skupia się na "łamaniu kości", jeśli słuchacz nie pozwoli sobie pogruchotać swoich członków, to kompletnie nie zrozumie "ObZen". Z resztą cała twórczość Jensa Kidmana z resztą ekipy, przyprawia fizyczny wręcz ból. Właściwie w tym momencie mógłbym skończyć i pozwolić wam sprawdzić sobie tę płytę. Wszak takie zadanie ma ten blog, natomiast chciałem przestrzec, że pewnie odrzucicie "ObZen" już na wstępie. Tym którym płytka się spodoba polecam zajrzeć na "jutuba" i sprawdzenie kawałka "War". Czyste szaleństwo. Piekło wręcz. Ave Satan !!!
środa, 06 października 2010
"Nutka" nr 44: Superjoint Ritual - "Use Once And Destroy" (2002)
Poznajecie tego pana patrzącego na was z okładki albumu ? Tak, to Phil Anselmo - legenda. Przedstawiać nie trzeba, inaczej sprawa się ma z projektem Superjoint Ritual, którego był oczywiście liderem i wokalistą. "Side-project" naszego bohatera w skład którego wchodziła jeszcze jedna gwiazda metalowego świata Jimmy Bower (Eyehategod, Down), wyknowywał muzykę niezwykle ekstremalną. Pierwsze długogrające wydawnictwo "Use And Destroy" potwierdza tę tezę znakomicie.
Wracając na moment do okładki, nie sposób przeoczyć znanego wszystkim symbolu "magicznej rośliny", ciężko również nie oprzeć się wrażeniu, że muzyka jest tu mocno nasączona THC. Wyobraźcie sobie taką sytuację - siedzicie w tramwaju, czy też w autobusie, włączacie swój odtwarzacz MP3 z tą oto płytką i nagle... wokół was pusto, nikt się nie dosiada, a starsze panie nie łypią złowieszczo okiem na zajęte przez was miejsce. Z waszych słuchawek dosłownie wydziera się Phil, a reszta ekipy dzielnie mu pogrywa. Ta płyta jest tak potężną dawką metalowego grania, że mało kto może wytrzymać do końca. Kawałki trwają średnio 3 minuty i oparte są na prostym, szybkim perkusyjnym bicie, banalnie łatwych riffach i krzyku (który z resztą Anselmo opanował do perfekcji). Za streszczenie całej płyty wystarczył by w zasadzie utwór "4 Songs" jeden z najdłuższych w całym zestawie, bo trwający ponad 6 minut. Zmieniające się motywy i tematy w tym kawałku, przyprawiają mdłości i człowiek ma szczerą ochotę palnąć sobie w łeb. Ale o to właśnie w tej muzyce chodzi. Ma być agresywna i mocna. Brutalna i prosta. Po prostu kopiąca tyłki. Już sam tytuł mógłby stać się hasłem tej płyty - użyj raz i zniszcz. Większa część zjadaczy muzycznego chleba właśnie tak postąpi, ja wręcz przeciwnie! Będę wracał do tej płyty często z diabelską przyjemnością !
niedziela, 22 sierpnia 2010
"Nutka" nr 43: Corrosion Of Conformity - "Deliverance" (1994)
Po ciężkich bojach i "rozkminach" z wieloma płytami, czas w końcu coś napisać. Jedna z moich obecnych fascynacji to zespół Corrosion Of Conformity, pewnie wielu z Was śmieje się ze mnie, że dość późno odkryłem tak ważny dla rockowej muzyki zespół, ale jak to mówią - "lepiej późno niż wcale". Przed Wami znakomita płyta "Deliverance".
Pierwsze płyty zespołu osadzone były w dość surowym i hałaśliwym hard-core/punkowym klimacie. Charakter muzyki zmienił się wraz ze zrealizowaniem płyty "Blind" (91'), całość została wygładzona i bardziej przystępna, co nie znaczy, że chłopaki stracili na sile. Wręcz przeciwnie, idąc w stronę stoner rocka i heavy metalu poczynili znakomity krok w swojej karierze. Kolejnym plusem jest fakt, że przed mikrofonem na stałe zagościł Pepper Keenan. Jego charakterystyczny głos fantastycznie zgrywa się z ciężkimi gitarami i mocną sekcją rytmiczną. Już otwierający płytę numer "Heaven's Not Overflowing" przedstawia nam zadziorność i świetne reprezentuje cały album. Jednak największym chyba "killerem" zespołu, stał się kawałek "Albatross", wydany na singlu, stał się hitem, a jego wolne tempo i moc może przypominać nam dokonania takich zespołów jak np. Black Sabbath. Natomiast kolejny numer, "Clean My Wounds" to wręcz radiowy hit. Poszarpany gitarowy riff i nerwowy bit, plus fantastyczny refren - to właśnie dostajemy słuchając trzeciej w kolejności piosenki. Dalej otrzymujemy akustyczną miniaturkę pt. "Without Wings", coś jakby folkowa melodia, delikatna i dająca chwilowe wyciszenie. Spokój nie trwa długo, "Broken Man" (nr.5), to powrót do wolniejszego tempa i potężnego brzmienia, podobnie sprawa ma się z utworem "Seven Days". Tutaj zespół postawił na melodię i raczej piosenkowy charakter, lżejsza zwrotka daje się zmieść przez fantastyczny refren. Na drugie danie otrzymujemy kolejny mini utwór "#2121313", a na deser powalającą końcówkę albumu z rewelacyjnym "Shake Like You" oraz zamykającym całość "Pearls Before Swine". O sile tego albumu stanowi jego różnorodność, a jednocześnie trzymanie się wypracowanego stylu, który od pierwszych dźwięków zapada w pamięć. Siła, ale i lekkość. Prostota, ale i wyrafinowanie. Zdecydowanie płyta godna polecenia. Klasyka gatunku.
środa, 14 lipca 2010
"Nutka" nr 42: Jeff Buckley - "Grace" (1994)
Tragiczna śmierć w muzyce rockowej to za przeproszeniem chleb powszedni. Morza alkoholu, kilogramy koksu i innego świństwa, do tego przyzwyczaił nas świat długowłosych gitarzystów i genialnych wokalistów. Jednak przypadek Jeffa Buckley'a jest szczególny, jemu życie odebrała "bluesodajna" rzeka Missisipi. Tragiczna śmierć muzyka wstrząsnęła ówczesnym rynkiem, a jego jedyna wydana za życia płyta "Grace" stała się kultowa.
Przyznam, że na dłuższą metę to dzieło może być męczące, wokaliza, niestrawna i irytująca zwykłego zjadacza muzycznego chleba, odstrasza. Lecz właśnie śpiew Buckely'a to rzecz tutaj najważniejsza. Pełen emocji i uczuć głos muzyka przyprawia o dreszcz na plecach, a kompozycje na długo wpadają w ucho. Stylistyczna różnorodność szeroko pojętej muzyki gitarowej, nie pozwala się nudzić, mamy tu wszystko - od gitarowych ścian a'la grunge, po delikatne, piękne ballady. Właśnie te wolniejsze numery stanowią o sile przekazu Jeffa. Kwintesencją jego wrażliwości stał się cover piosenki "Hallelujah" Leonarda Cohen'a (szersza publika może pamiętać ją z filmu "Shrek"), oraz autorski kawałek "Grace", ekspresyjny i łapiący za krtań nie pozwala zapomnieć o szczególnej manierze wokalnej Buckley'a. Kiedy słucha się takich piosenek jak "So Real" czy "Lover, You Should've Come Over" nie sposób dostrzec wpływu jakie artysta wywarł na kapele takie jak Coldplay i Radiohead. Mimo, że płyta ma już szesnaście lat, wciąż brzmi świeżo i elektryzująco, wprowadzając stan zadumy i wewnętrznego uniesienia. Do pełni szczęścia potrzeba nam jesiennego wieczoru, szarugi za oknem i otaczającej beznadziei. Introwertyczny charakter tej płyty nie sprzyja długim, gorącym, letnim dniom, ale zapewniam was, że warto zapoznać się z genialnym debiutem Buckley'a i odlecieć.
poniedziałek, 31 maja 2010
20000 !
Dziś wybiła liczba 20000 ! Już tylu z Was odwiedziło mojego bloga ! Szczerze dziękuję i zapraszam do dalszego czytania (no i komentowania) wpisów.
Ukłony - Tom Wolf :)
niedziela, 23 maja 2010
"Nutka" nr 41: Deftones - "Diamond Eyes" (04.05.2010)
Czy ten zespół może nas jeszcze czymkolwiek zaskoczyć? Dając podwaliny pod nowe trendy w ciężkim metalowym rzemiośle, na stałe zapisał się w historii muzyki, a płyty takie jak "Around The Fur" czy "White Pony" już zawsze będą się kojarzyły z rockiem XXI wieku. Płyta "Diamond Eyes" to już szóste wydawnictwo kalifornijczyków z Sacramento, niestety naznaczona piętnem tragedii.
Tego albumu miało nie być, nie ten tytuł, nie te kawałki. Kiedy zespół ukończył nagrywanie planowanej na 2009 rok płyty "Eros", nikt nie spodziewał się, że longplay ten nie ujrzy światła dziennego. Pech chciał, że jeden z filarów zespołu - basista Chi Cheng, uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, konsekwencją którego jest śpiączka, trwająca prawdopodobnie do dziś. Muzycy jednak nie poddali się, podjęli współpracę z Sergio Vegą (Quicksand) i zaczęli pracować nad zupełnie nowymi kawałkami. Generalnie muzyka nie zmieniła swego kształtu i Deftones konsekwentnie drepcze utartą przez siebie ścieżką. Na płycie jest wszystko to, do czego Chino Moreno z ekipą zdążyli nas przyzwyczaić, ich muzyczna ewolucja zatrzymała się gdzieś pomiędzy wspomnianą już płytą "White Pony", a "Deftones". Na "Diamond Eyes" brak "tego czegoś", jakieś iskierki, która pozwoliłaby słuchać z zachwytem kolejnych numerów. A tak niestety spośród jedenastu zgrabnych piosenek, w pamięć zapadają tylko dwie: singlowy "Rocket Skates" (typowy mocny riff i "śpiew" Chino) oraz lekki, balladowy "Sextape" (przypominający trochę utwór "Digital Bath"). Deftones A.D. 2010 pozostaje uznaną marką, lecz płytą "Diamond Eyes" nie posuwa się ani na krok. Muzycy stanęli w miejscu, a może nawet cofnęli się, jakby chcąc wrócić do czasu sprzed wypadku Chenga.
wtorek, 18 maja 2010
"Nutka" nr 40: The Dead Weather - "Sea Of Cowards" (11.05.2010)
Najpłodniejszy dziś chyba rockman na świecie Jack White, znany przede wszystkim z macierzystej formacji The White Stripes, wraz z fantastycznym projektem The Dead Wheater (oprócz White'a: Alison Mosshart, Dean Fertita i Jack Lawrence) wypuścił w świat drugą płytę zespołu "Sea Of Cowards".
Długo na drugie wydawnictwo zespołu czekać nie trzeba było, od debiutu dzieli je tylko niespełna 10 miesięcy. Biorąc pod uwagę trasę koncertową, oraz fakt, że jakoś ten krążek trzeba było skomponować i nagrać, rodzi się pytanie, czy nie jest to płyta zrobiona "na kolanie"? Nic podobnego. Już od pierwszych dźwięków nr 1 "Blue Blood Blues" wiemy, że mamy do czynienia ze zjawiskiem w świecie muzyki. Ciężka perkusja (za którą z resztą zasiada sam White), "buczący" bas i klasyczne w brzmieniu gitarowe riffy, plus do tego świetnie kontrastujące z całością klawisze, tworzą niesamowitą atmosferę jam-session zespołów z połowy lat 60'. Na ucho rzuca się także stosunkowo mała ilość tekstów i śpiewu. Właściwie tego drugie jest tutaj jak na lekarstwo, raczej są to wykrzyczane pojedyncze linijki słów, aniżeli prawdziwie piosenkowe teksty. Niewątpliwie świadczy to o tym, że muzycy skupili się przede wszystkim na swych instrumentach i starali się z nich wycisnąć jak najwięcej. Udało im się to w 100 procentach, pozostawiając pozytywny niedosyt, chciałoby się więcej i więcej. Fakt, brakuje na tej płycie "hitów" takich jak np. "Treat Me Like Your Mother" z debiutu "Horehound", tutaj natomiast płyta jest całością, kawałki zgrabnie łączą się motywami, tworząc namiastkę koncept albumu. Jeśli tak dalej pójdzie, to za rok otrzymamy trzecie wydawnictwo The Dead Weather, a coś mówi mi, że tak może się stać. Muzycy chyba chcą dawkować szczęście swoim słuchaczom, prezentując im utwory które trwają mniej niż 4 minuty. Ahh, niedosyt jest ogromny, ale zawsze można puścić tę genialną płytę jeszcze raz. Co do tytułu, ten zespół jest dziś najodważniejszym i jednym z oryginalniejszych. Bez zastanowienia 10/10. |
Archiwum
Kim jestem? ![]() Blogi godne uwagi: silesianskyline.blox.pl litery.blog.pl ultramaryna.pl/mkk sluchaniezabija.blogspot.com oddalenie.com niebieskawy.blogspot.com/ mankowski.wordpress.com kochamjazz.blox.pl/html wo.blox.pl/html lukaszmodrzejewski.blogspot.com/ nytuan.wordpress.com agradofilm.blogspot.com/ ilu was? |