|
niedziela, 01 listopada 2009
"Nutka" nr 32: Mark Lanegan - "Whiskey For The Holy Ghost" (1994)
To jedna z tych płyt, po przesłuchaniu których, ma się ochotę spakować plecak i wyjść z domu w niewiadomym kierunku. Intymna, duchowa i skromna w środkach płyta byłego wokalisty zespołu Screaming Trees - Marka Lanegana.
Wydana w 94 roku, po grungeowej eksplozji, zbiegiem czasu stała się arcydziełem akustycznej, smutnej piosenki. Album otwiera, dedykowany zmarłemu Cobainowi, kawałek "The River Rise", jest właściwie prezentacją tego co możemy na płycie znaleźć. Następnie dostajemy potężną dawkę rocka - "Borracho". To najmocniejszy w całym zestawie utwór, w którym napięcie rośnie, by w końcu wybuchnąć "pijaną" gitarową solówką. Z resztą również głos naszego bohatera wskazuje na spożycie, prosząc jednocześnie o "whiskey dla wszystkich duchów". Kolejną piosenką zasługującą na uwagę jest "Riding The Nightingale". Najdłużasza w całym zestawie, zapiera dech w piersiach swoją lirycznością i melodią. Na płycie znajdziemy mnóstwo pięknych melodii, które w tradycyjnym rockowym zestawie, wzbogacają takie instrumenty jak organy Hammonda czy pianino, natomiast głowne "skrzypce" gra tutaj akustyczna gitara. Mnóstwo na tej płycie inspiracji twórczością Toma Waitsa czy Niela Younga, w tym wypadku na pewno nie jest to zarzut. Wręcz przecziwnie, Lanegan sięgając po styl tych klasyków, w stuprocentach oddał siebie słuchającym. Zmęczony głos i gorzkie teksty, w sam raz na ponure jesienne wieczory. Piękna płyta.
wtorek, 29 września 2009
"Nutka" nr 31: Electric Wire Hustle - "Electric Wire Hustle" (09.09.2009)
Od jakiegoś czasu Nowa Zelandia nie kojarzy się już tylko z ekranizacją "Władcy Pierścieni" i tym, że jest ona jeszcze dalej niż Australia. Jej stolica Wellington, dzięki zespołowi Fat Freddy's Drop stała się nowym centrum ciekawych klubowych brzmień czerpiących garściami z europejskiej i amerykańskiej szkoły produkowania muzyki. A świeżutkie trio Electric Wire Hustle tę tezę potwierdza.
Debiutancki album zespołu pojawił się w magicznym dla wielu osób dniu 09.09.09 i faktycznie od pierwszego utworu czaruje. Członkowie zgarbnie mieszają świeże elektroniczne brzmienia z soulem, hip-hopem i broken beatem. Kawałki poddane są dosć surowej i chłodnej produkcji, klimat tworzą lekko jazzująca sekcja rytmiczna i świetnie dopasowane sample, a całość wypada na prawdę zaskakująco. Do tej nowoczesności muzycy dorzucili jednak trochę ciepła używając analogowych syntezatorów i piana Fendera. Singlowy utwór "Perception" to właściwie kwintesencja stylu chłopaków z dalekiej krainy. Na zachwyt zasługuje jednak świetnie pocięty kawałek "They Don't Want", najbardziej taneczny i melodyjny z całego zestawu. Teraz możecie śmiało powiedzieć, że Nowa Zelandia to centrum future-soulu, a tamtejsza scena kwitnie i rozrasta się w szybkim tempie. Naprawdę warto sięgnąć po tę płytę i zaznajomić się z trendami panującymi na drugim krańcu świata.
czwartek, 24 września 2009
"Nutka" nr 30: Platinum Pied Pipers - "Abundance" (2009)
Producencki duet Platinum Pied Pipers z Detroit, stał się jednym z najważniejszych na scenie niezależnego rapu, hip-hopu, czy też tzw. future hip-soulu. Tworzą go Waajeed (Robert O'Bryant) oraz multiinstrumentalista Saadiq (Darnell Bolden). W tym roku ukazała się ich druga płyta "Abundance".
Muzyka na tym krążku to podróż przez wiele gatunków czarnej muzyki. Od hip-hopu przez funk i soul aż po elementy klubowej sceny Detroit (zamykający utwór "Goodbye/Abundance"). Krążek otwierają z kolei pełne rockowego pazura kawałki "Angel" oraz "Smoking Mirrors". Największe wrażenie jednak robi soulowa minisuita w środku płyty: "Sanctuary", "Aint No Ifs Or Maybes", "Pigeon Holes", "Lovers And Haters" i fantastyczny lekko latynoski "The Ghosts Of Aveiro". Oprócz świetnie zagranej muzyki otrzymujemy także piękne wokale w wykonaniu wielu gości m.in. Coultrain, Karma Stewart czy Jamila Raagan. Dla fanów czarnych poszukujących i oryginalnych brzmień, ten album to jedna z pozycji, których nie należy omijać. Wręcz przeciwnie, to rzecz obowiązkowa !
środa, 26 sierpnia 2009
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2009
Już w piątek (28.08.2009) rusza kolejna edycja festiwalu Nowa Muzyka ! Zapraszam wszystkich, którzy mają ochotę posłuchać prawdziwie oryginalnych brzmień i zobaczyć na żywo takie gwiazdy jak Dan Deacon, Speech Debelle, Roots Manuva, Flying Lotus, Fever Ray czy duet Dan Le Sac vs. Scroobius Pip. Oczywiście nie zabraknie muzyków z naszego "podwórka", zobaczymy Pogodno, OSTR, Novikę wraz z Lexusem, oraz Jacaszka. Rzecz jasna to nie wszyscy artyści którzy zaprezentują się nam w trakcie tej trzydniowej imprezy. Pełny line-up znajdziecie tutaj: http://www.festiwalnowamuzyka.pl/media/LineUp_2009.pdf Oficjalna strona www festiwalu: http://www.festiwalnowamuzyka.pl/
środa, 19 sierpnia 2009
"Nutka" nr 29: Squarepusher - "Solo Electric Bass 1" (17.08.2009)
Po dość nieprzychylnie przyjętej przez krytykę, poprzedniej płycie "Just A Souvenir" z poprzedniego roku, Jenkinson proponuje nam rzecz odmienną od wcześniejszych dokonań, choć element, które spaja cały album, fanom muzyka jest doskonale znany.
Oto Squarepusher zarejestrował płytę na której daje popis swojej gry na gitarze basowej. Nie doświadczymy tu połamanych rytmów, z których nomen omen Jenkison słynie, lecz dawkę ponad 30 minutowej dziwnej podróży przez neoklasyczne, jazzowe brzmienie basówki muzyka. 12 kawałków tworzy spójną całość i przenika się wzajemnie, tworząc wrażenie jednej wielkiej gitarowej improwizacji. Cały materiał został nagrany podczas występu muzyka w Cité de la Musique w Paryżu we wrześniu 2007 roku. Biorąc pod uwagę pozycję Squarepushera w muzycznym światku, można śmiało stwierdzić, że nie traci on nic, a może jeszcze wiele zyskać dzięki takim wydawniczym posunięciom. Tak więc ta płyta to raczej ciekawostka i mały eksperyment ze strony Jenkinsona, który coraz częściej staje się jazzowym muzykiem niż ekscentrycznym producentem.
piątek, 31 lipca 2009
"Nutka" nr 28: Mayer Hawthorne - "A Strange Arrangement"
Wstajesz rano, słońce budzi Cię świecąc prosto w twarz, temperatura pewnie przekroczy 30 kresek. Masz ochotę posłuchać czegoś lekkiego, łatwego i przyjemnego, naładować się pozytywną energią na calutki dzień. Oto płyta dla Ciebie.
Mayer Hawthorne (właściwie Andrew Cohen) świeżutka gwiazda wytwórni Stones Throw Records, wychowany w Ann Arbour na przedmieściach Detroit, znany szerzej dzięki DJskiej działalności jako DJ Haircut, wydał swoją debiutancką płytę, na której nie ma ani grama vinylowej podróży przez skrecze i miksy. Oto Mayer nagrał słodką popowo-soulową płytę, przy której dobrze będą bawić się zarówno starsi wyjadacze wychowani na śpiewających divach i gentelmenach w garniturach, jak i dzieciaki chcące swobodnie się pobujać. Na pierwszy rzut wyłania się nam singlowy kawałek "Just Ain't Gonna Work Out" który potwierdza zawartość krążka, choć trzeci na liście utworów staje się jakby odpowiednim "otwieraczem". Kawałek to "cudownie kretyński" (wybacz Marcel, nie mogłem się powstrzymać). Produkcyjnie i brzmieniowo płyta mocno przypomina dokonania Amy Winehouse a właściwie jej genialnego producenta Marka Ronsona. Dwanaście uroczych, krótkich piosenek które potrafią wprawić w dobry nastrój. "A Strange Arragement" to zaparzacz kawy, akcelerator do wstania z łóżka, płyta która może towarzyszyć nam właściwie cały dzień, jednocześnie dająca o sobie zapomnieć. Rzecz w tym, że kiedy muzyka ucichnie, my ciągle w głowie nucimy sobie te melodie.
niedziela, 26 lipca 2009
"Nutka" nr 27: Bibio - "Ambivalence Avenue" (2009)
Kryjący się pod pseudonimem Bibio producent Stephen Wilkinson, wypuścił swój nowy doskonały krążek. Wilkinson specjalizuje się w akustycznych brzmieniach gitar, poddanych cyfrowej obróbce i produkcji. Piękna to podróż przez tak różne dźwiękowo światy.
Dzięki takiemu podejściu do muzyki, Bibio podaje nam arcyciekawą płytę, w której zaskakuje z utworu na utwór. Brzmieniowa różnorodność nie przeszkadza w spójnym podejściu do tematu. Wszystkie kawałki łączy uroczy, lekki i letni klimat, a melodyjność pozwala rozmarzyć się i słuchać w błogim nastroju. Co ciekawe Wilkinson nie ucieka od piosenkowości swoich produkcji, kompozycje takie jak "Abrasion" czy "The Palm Of Your Wave" mogą przypominać "akustyki" z debiutu zespołu Fleet Foxes. Z drugiej jednak strony otrzymujemy świetny samplowany "Fire Ant" i duszny, przytłumiony "Jealous Of Roses", kawałki które świadczą o naprawdę wysokim poziomie produkcyjnym Wilkinsona. "Ambivalence Avenue" to pierwsza płyta Bibio wydana przez label WARP. Już ta wiadomość może być doskonałym świadectwem wysokiego poziomu nagrań. Sprawdźcie sami, a gwarantuję rozpłynięcie się przy dźwiękach tej jakże kolorowej muzyki.
piątek, 24 lipca 2009
"Nutka" nr 26: UUVVWWZ - "UUVVWWZ" (2009)
Trudno dziś znaleźć gitarowy zespół, który nie grałby tanecznych przebojów dla modnych dziewczyn i chłopców z grzywkami, zapatrzonych na "Franza", "Strokesa", czy innego "Kooksa". Jeśli nudzi Was ta stylistyka i trend, sięgnijcie po płytę "UUVVWWZ".
Kapela z Nebraski udowodniła, że można grać zadziorne gitarowe utwory, nie rezygnując z eksperymentowania, ale też chwytliwych melodii i ładnych wokali. Za materiał odpowiedzialna jest spółka: Jim Schroeder (gitara), Tom Ambroz (perkusja), Dustin Wilbourn (bas) oraz śpiewająca Teal Gardner. Już otwieracz płyty, kawałek "Berry Can" daje nam pojęcie, jak brzmi cała płyta, w jakiej stylistyce się mieści. Ale nie brakuje niespodzianek i poczucia że chce się więcej i więcej. Na uwagę zasługują takie utwory jak "Neolano" (ponad 7 minutowy "niepokój"), wspomniany już nr 1, oraz zamykający całość "Hum Jam" ze świetnym wpadającym w ucho refrenem. Oczywiście to wierzchołek tej góry lodowej. Na płycie znalazło się tylko 9 kawałków, ale nie można mieć zastrzeżeń co do ich długości i intensywności. Naprawdę jest tu co odkrywać i czym się zachwycać, a jeśli macie ochotę na ciekawą muzykę wyłamującą się z granic piosenkowości, serdecznie polecam to dziełko.
piątek, 03 lipca 2009
"Nutka" nr 25: Jane's Addiction - "Ritual de lo Habitual" (1990)
Pomyślcie przez chwilę z jakimi rockowymi płytami kojarzy wam się rok 91' ? Przychodzą na myśl za pewne "Nevermind" Nirvany, "Blood, Sugar, Sex, Magic" Red Hot Chilli Peppers, "Ten" Pearl Jamu czy "Badmotorfinger" Soundgarden. Dzieła które w swej kategori stały się tzw. opus magnum i przez długi jeszcze czas będą zachwycać. A teraz wyobraźcie sobie, że rok wcześniej na rynku pojawiła się płyta, o której śmiało można powiedzieć arcydzieło. "Panie i Panowie, mamy większy wpływ na wasze dzieci niż wy, ale też je kochamy. Urodzeni i wychowani w Los Angeles - Jane's Addiction"*
Kontrowersje jakie powstały wokół zespołu zostawimy na bok, w końcu każdy fan muzyki rockowej wie, że Perry Farrel i spółka nie stronili od używek. Skupimy się na fantastycznej muzyce, która wypełnia krążek "Ritual de lo Habitual". Zespół umiejętnie połączył hard-rockową zadziorność z funkowym polotem i lekkością, co w rezultacie może przypominać dokonania wspomnianych już RHCP. Jane's jednak brzmią ciężej, więcej tutaj "tradycyjnie rockowych" solówek Dave'a Navarro, mniej rapowanek (Anthony Kiedis), więcej śpiewu, a perkusja brzmi trochę grunge'owo. Całość w efekcie brzmi świeżo i robi piorunujące wrażenie na słuchaczu. Płytę możemy podzielić na dwie części, utwory od 1 do 5 stanowią o sile muzyki zespołu, bez wytchnienia słucha się prawidziwe hard-rockowych kawałków takich jak "Stop!" czy "Ain't No Right". Druga strona, ta bardziej liryczna i akustyczna (6-9), to poniekąd hołd złożony przyjaciółce Farrela Xioli Blue, która zmarła z przedawkowania heroiny. Już sama ta informacja opisuje atmosferę kawałków ze "strony B". Jest posępnie i smutno, ale żywiołowo i z pazurem. Tutaj warto dodać, że magazyn Guitar World, umieścił solówkę z kawałka "Three Days" w stu najlepszych solówkach w dziejach muzyki rockowej. Pozostaje jeszcze sprawa okładki albumu, widać na niej męską i żeńską nagość, a wiemy, że cenzura w kraju wuja Sama nie lubi "brzydkich coverów". Zespół poszedł na kompromis i przedstawił wytwórni alternatywną wersję koperty (do obejrzenia tutaj). Niewątpliwie "Ritual de lo Habitual" to płyta wielka i ponadczasowa. Szkoda, że wydana w czasie kiedy rok później na rynek trafiły albumy-kamienie milowe, co w efekcie nie dało zespołowi komercyjnego sukcesu, ale nie ma tego złego... Band zyskał grono wiernych fanów, którzy pokochali Jane i to ze wzajemnością.
*słowa wypowiadane po hiszpańsku na początku otiwerającego kawałka "Stop!"
piątek, 26 czerwca 2009
|
Kim jestem? ![]() Blogi godne uwagi: niktniewola.blox.pl litery.blog.pl ultramaryna.pl/mkk sluchaniezabija.blogspot.com oddalenie.com niebieskawy.blogspot.com/ ilu was? |