Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
sobota, 24 stycznia 2009
"Nutka" nr 15: Miles Davis - "Kind of Blue" (1959)

Są płyty o których napisano i powiedziano właściwie wszystko. Są również takie, które stały się symbolem, kamieniem milowym oraz wyznacznikiem gatunku. Wszystkie te cechy posiada płyta "Kind Of Blue" wielkiego trębacza Milesa Davisa.

Miles Davis - Kind Of Blue

Miles był muzykiem, który specjalnie nie przygotowywał się do nagrywania materiału. Powoływał do studia muzyków, dając im nieliczne wskazówki, w zanadrzu mając jedynie kilka akordów i pomysłów na melodie. W ten sposób powstała najważniejsza z jazzowych płyt "Kind of Blue". Nagrywano ją w czasie, w którym od jazzu wymagało się zmian, na rynku pojawiła się płyta reformatora jazzu Ornetta Colemana "The Shape Of Jazz To Come" charakteryzująca powstający wtedy free jazz. Lecz Davis trzymał się swojego pomysłu i stylu. Chłodny (cool jazz), lecz żarliwy i tętniący życiem longplay przyniósł Davisowi miano największego jazzmana. "Kind of Blue" jest wzorcowym przykładem improwizowania. Otwierający całość utwór "So What", napędzany basem od pierwszego momentu, wrzuca nas w wir tej wspaniałej muzyki. Kawałek zagrany w umiarkowanym tempie, lekko swingujący, znakomity. Kolejny "Freddie Freeloader" to typowy dwunastotaktowy blues. Następnie otrzymujemy piękną balladę "Blue in Green" ze znakomitą partią fortepianiu Billa Evansa. "All Blues" to podobny w budowie utwór do "Freddiego", zaczyna się od dość "okrągłej" zagrywki pianisty. Temat rozwija się wolno, by wreszcie ukazać słuchaczom kunszt solówek każdego z muzyków. Całość zamyka "Flamenco Sketches", ballada utrzymana w bluesowej konwencji. Już po tytule utworu można się domyśleć, że Miles miał w planach przygotowanie albumu "Sketches of Spain". Ciekawostką jest, że band Davisa potrzebował jedynie dwóch sesji, które łącznie trwały ok. dziewięciu godzin, było to sześć podejść do pięciu utworów. Cztery pierwsze zostały nagrane za pierwszym razem. Jedynie "Flamecno Sketches" zarejestrowano przy drugim podejściu.

"Nie zwracam uwagi na to, co dobrego lub złego mówią o mnie krytycy. Najsurowszym krytykiem jakiego mam jestem ja sam..." Jednak Miles nie był bezbłędny przy nagrywaniu "Kind of Blue". Podobno trzy utwory zostały zagrane w złej tonacji... Zauważył ktoś ?

wtorek, 20 stycznia 2009
"Nutka" nr 14: Blind Faith - "Blind Faith" (1969)

Kiedy rozpadło się Cream, brytyjski rynek muzyczny stracił jeden z najważniejszych imrpowizujących, blues-rockowych zespołów. Nie stanęło to jednak na przeszkodzie, by Eric Clapton po raz kolejny pokazał swoją charyzmę i wielki gitarowy talent. Jego kolejnym przedsięwzięciem stał się "jedno-płytowy" Blind Faith.

Blind Fatih

Początkowo mówiono o solowym albumie klawiszowca i kompozytora Steve'a Winwooda. Lecz kiedy w studio pojawił się Ginger Baker, wiadome było, że kroi się coś niezwykłego. Płyta wydana w 1969 roku przynosi słuchaczom sporą dawkę blues-rocka, kawałki takie jak ponad ośmiominutowy "Had To Cry Today" (świetny riff i naprawdę wysokiej klasy solówki), oraz akustyczna pół-ballada "Can't Find My Way Home" zapisały się bez wątpienia w rockowy kanon. Płyta trwa niewiele, bo przeszło czterdzieści minut, jest jednak kwintesencją stylu gry tych wspaniałych muzyków. Jedną z największych niespodzianek otrzymujemy na koniec. "Do What You Like" kompozycja genialnego perkusisty Gingera Bakera, to jazzowa wręcz gra z wielką ilością rockowej ekspresji, a solówki każdego z muzyków przyprawiają o dreszcz. Oczywiście nie byłoby histori tegoż albumu bez histori pewnego zdjęcia. Okładkę zdobi fotka jedynastoletniej dziewczynki. Anegdota mówi, że autor zdjęcia Bob Seidemann spotkał w metrze starszą siostrę naszej "bohaterki" i zaproponował jej pozowanie. W wyniku pertraktacji z rodzicami, na zdjęciu widzimy jednak tę młodszą z sióstr. Kontrowersje jakie wzbudziła były rzeczą oczywistą. W najbardziej liberalnym z krajów świata: USA, okładka nie przedarła się przez cenzurę. Brak tytułu i nazwy zespołu spotęgował jeszcze ten efekt.

Ta płyta poniękąd pokazuje nam słuchaczom, jak grało się w latach 60 i 70, duch tamtych lat żyje i w muzyce rockowej ma się wspaniale. Blind Faith jest tego doskonałym przykładem. Do posłuchania już !

czwartek, 15 stycznia 2009
"Nutka" nr 13: David Bowie - "Heroes" (1977)

Album dziejowy, ważny i ponadczasowy. Nagrany latem 1977 roku w Berlinie z udziałem wielu muzyków towarzyszących Bowiemu na scenie podczas trasy koncertowej płyty "Low" , stał się drugą cześcią tzw. "berlińskiej trylogi".

Davis Bowie - Heroes

Kiedy David Bowie wraz z Iggym Popem przeprowadzili się do podzielonego murem Berlina, wpadli w wir nocengo życia, lecz narkotykowego nałogu nie kontynuowali. Na szczęście! Nie wiemy, czy gdyby ciąg trwał nadal moglibyśmy słuchac dziś tej przejmującej płyty. Studio Hansa, w którym ekipa nagrywała album znajdowało się w sąsiedztwie wspomnianego muru, anegdota mówi, że jedną z ulubionych zabaw muzyków było puszczanie świetlnych "zajączków" w kierunku wieży strażniczej. Bezpośrednią inspiracją do powstania utworu tytułowego "Heroes", było spotkanie realizatora Tonyego Visconti z kochanką, właśnie pod tymże "dzielącym murem". Utwór pełen emocji, jest swoistym hymnem wołającym o wolność i zburzenie podziałów jakie istniały w społeczeństwie całej ówczesnej Europy. Wielki wpływ na kształt płyty miał również Brian Eno, echo jego ręki słychać w elektronicznej mini-suicie na albumie. Są to utwory "Moss Garden", oraz "Neukoln". Podobno były hołdem złożonym w stronę gigantów muzyki elektronicznej, zespołowi Kraftwerk. Produkcja i realizacja dźwiękowa idealnie oddaje atmosferę tamtych niespokojnych lat, a "Checkpoint Charlie" widzimy w każdym utworze.

Sam Bowie mówił: " Płyta przechodzi przez całą gamę emocji, od głebokiej rozpaczy po wznoszące się spiralnie 'V2 Schneider' ". "Heroes" jest albumem, który dziś działa na uczucia zapewne tak samo mocno jak w roku 1977, każdy fan muzyki powinien go znać.

czwartek, 08 stycznia 2009
"Nutka" nr 12: Serge Gainsbourg - "Histoire de Melody Nelson" (1971)

Stare płyty nie rdzewieją, jak to mówią starzy górale. A płyty Serge'a Gainsbourg'a (właściwie Lucien Ginsburg) im starsze, tym lepsze. Nabierają smaku, dojrzewają i oddają pełnię muzycznych smaków. Główny prowokator seksualnej rewolucji we Francji, znany bardziej dzięki orgastycznemu utworowi "Je t'aime... Moi Non Plus", który popełnił w duecie z Jane Birkin. Właśnie ta oto pani pojawia się na okładce "Histoire de Melody Nelson".

Serge Gainsbourg - Histoire de Melody Nelson

Jeden z najbardziej zabrudzonych rytmów epoki funku, kawałek "Melody" otwiera tę niespełna 30 minutową płytę. Szepczący Serge daje upust swojej fascynacji młodą kobietą, wokalnie utwór bardzo w stylu Gainsbourga. Ta kompozycja mogła dać podwaliny pod późniejsze francuskie zespoły takie jak np Air. Jest sekcja smyczkowa i piękne grająca sekcja rytmiczna. Kiedy pod koniec Serge pyta się po francusku młodej damy jak się nazywa, ciarki przechodzą po plecach. Muzyka na płycie to połączenie wielu muzycznych światów, słychać jednak najbardziej wspomniany funk, ale i rock, muzykę poetycką, czy delikatne nawiązania do tradycyjnej piosenki francuskiej. Atmosfera seksu i miłości kipi z albumu, ale nie jest wulgarnie. Te zabiegi doskonale przedstawiają w jakich okolicznościach powstawało to dzieło. W utworze "En Melody", dość szybkim i mocno napędzanym przez rytm, młoda Jane Birkin popiskuje spazmatycznie niczym właśnie zaciągnięta do łóżka, ale podobno łaskotał ją brat. Interpretujcie to po swojemu. Album zamyka "Cargo Culte", podobny do startera "Melody" i również ponad siedmio minutowy. Pojawiają się chórki, smyczki, utwór rozwija się dość powoli, ale finał jest iście wybuchowy.

"Histoire de Melody Nelson" nie odniosła sukcesu komercyjnego we Francji i na świecie, natomiast artystycznie jest bardzo udanym połączeniem rockowego zespołu i orkiestry, oczywiście nie należy pomijać "atmosfery". Serge jeszcze przez długi czas będzie brzmiał świeżo i interesująco, a ta płyta to jedno z jego najwyższych osiągnięć.

wtorek, 06 stycznia 2009
"Nutka" nr 11: Deadbeat - "Roots & Wire" (2008)

2009 otwieram z hukiem !

Odkąd Deadbeat wydał swój poprzedni, świetne przyjęty przez krytykę i fanów krążek "Journeyman's Annual", minął rok. Jeszcze w 2008 (15.10) dostaliśmy od Kanadyjczyka Scotta Monteitha, świeżą porcję elektryzującego tech-dubu.

Deadbeat - Roots & Wire

Dla fanów takiech brzmień zaskoczenia nie będzie. Deadbeat nie zwolnił ani na moment, nie poprzestał w tworzeniu swych dubowych kompozycji. Otwierający album track "Rise Again", z wokalną pomocą Paula St. Hilaire'a, już na wstępie wprawia w nastrój gęstych brzmień. Kolejny utwór "Roots & Wire", w którym usłyszymy lekką harmonijkę, pobudza tylko wyobraźnię i oczekiwania "co będzie dalej". Mocno osadzony w plemiennych rytmach "Grounation (Berghain Drum Jack)" hipnotyzuje i wprowadza w trans. Monteith nadal uzyskuje efekt "podwodnych" dźwięków, nie stracił formy. Choć dość  dużym dla mnie zaskoczeniem jest utwór "Deep Structure", wręcz houseowa produkcja powoduje, że człowiek ma ochotę wskoczyć na parkiet. Kawałek zgrabnie przechodzi w "Night Stepping", również taneczną i ciekawą kompozycję. Wszystkie utwory przenikają się wzajemnie, tworząc całość. Album wieńczy "Babylon Correction". Jest jakby "jamajskim hymnem", wokal trzyma się tradycyjnego dla regionu akcentu, a muzyka delikatnie buja, niczym najlepsze "regowe" szlagiery.

Album godny uwagi, choćby ze względu na rozwój Deadbeata. Dla bardziej wymagających: przygotujcie się na non-stop zmieniające się "dźwiękowe tło".

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin