Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
poniedziałek, 24 stycznia 2011
"Nutka" nr 46: Electric Wizard - "Dopethrone" (2000)

Jeszcze tak długiej przerwy w pisaniu nie miałem. Poczucie obowiązku i sumienie skłoniły mnie, do tego, żeby w końcu zakasać rękawy i "skrobnąć" kilka słów o nowej fascynacji. O zespole i płycie, która niszczy słuch i zmienia podejście do słuchania metalowego rzemiosła.

electric wizard

Kiedyś myślałem, że dobry metal musi mieć przedrostek thrash, żeby wokalista ładnie wrzeszczał, riffy były cięte, solówki długie a tempo szaleńcze. Jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że fajnie byłoby, żeby gitary miały w sobie ciężar, a perkusja wraz z basem tworzyła fajny groove. Teraz już wiem, że gdy chcemy posłuchać naprawdę szalonego i nieobliczalnego metalowego rzemiosła musimy sięgnąć po ten, który zwie się doom. Ta płyta doskonale nadaje się jako start z przygodą, która niewątpliwie odbije swe piętno na naszej muzycznej wrażliwości. Płyta "Dopethorne" wraz z poprzednią "Come My Fanatics..." stały się kamieniami milowymi w twórczości kapeli z Dorset, dały podwaliny pod całą nową falę tego typu grania. Recenzenci zachwycali się, że jest to "absolutnie najwolniejszy, najcięższy doom metal, jaki możecie sobie wyobrazić", i wcale nie przesadzali. Gdy słucha się tych szatańskich dźwięków, mega przestrojonych gitar (oczywiście w dół-ile się da), mocno zmanipulowanych wokali Oborna, nie ma wątpliwości, że to muzyka nietuzinkowa. Wystarczy, wspomnieć tu o kawałkach "Weird Tales", "I, the Witchfinder" czy "Dopethrone" (każdy z nich trwa grubo ponad 10 minut), by zdobyć się na stwierdzenie, że to ekstremum w muzyce. Fakt, nie jest to rzecz dla wszystkich, trzeba sporo samozaparcia by przebrnąć przez te epickie utwory, w których bas dziurawi głośniki, a wokal niczym diabelski krzyk wdziera się nam w głowę, ale kiedy już damy się zahipnotyzować, wpadamy w nirwanę i nic wokół się nie liczy.

Jestem przekonany, że sam Lucyfer puszczał poprzednie płyty Electric Wizard w piekielnej otchłani popalając jointa (przyjrzyjcie się okładce), śmiejąc się szaleńczo... Ten śmiech musieli usłyszeć muzycy, innej możliwości powstania tej płyty nie widzę.

 

P.S Za długą zwłokę i brak jakiejkolwiek notatki w nowym roku przepraszam, przy okazji licząc na wyrozumiałość czytelników (choć wcale wielu ich nie ma) oraz składając spóźnione lecz szczere noworoczne życzenia !

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin