Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
sobota, 28 lutego 2009
"Nutka" nr 18: The Prodigy - "Invaders Must Die" (23.02.2009)

Czas płynie, świat się zmienia, ludzie się starzeją, a The Prodigy po pięciu latach wraca z regularnym wydawnictwem. Są tacy którzy krzyczą "hurra!", inni wzruszają pobłażliwie ramionami. Jedno jest pewnie, nie można traktować tej płyty obojętnie.

The Prodigy - Invaders Must Die

Co otrzymujemy A.D. 2009 ? Przede wszystkim doskonałą promocję i "nagłośnienie" wielkiego powrotu grupy. Medialnie płyta jest zapewne strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Natomiast muzycznie płyta wypada dość blado, szczególnie na tle wszystkich zapowiedzi i obietnic. A to, że zespół wraca do rave'owych korzeni, a, że longplay będzie równie dobry co "Music For The Jilted Generation" czy "The Fat Of The Land". Fakt, sporo jest tu oldschool'owego brzmienia, dźwięków do których zespół przyzwyczaił swoich słuchaczy. Nie oznacza to wcale, że usłyszymy hity pokroju "Out Of Space", czy "Everybody's In The Place". The Prodigy ujawniło smutną prawdę, że pomysł na tworzenie muzyki zniknął gdzieś przed poprzedniczką "Always Outnumbered, Never Outgunned". Produkcyjnie muzyka brzmi świetnie, jest ciężko, sporo mocnych bitów i hardcore'owych gitar. Kawałki "Warriors Dance" czy "Omen", zapewne staną się parkietowymi pewniakami, które ruszą każdą imprezę. Zespołowi przybędzie fanów-dzieciaków, którzy będą chcieli tatuować swoje ciało i nosić kolczyki wszędzie gdzie tylko się da. Niestety muzyki ta płyta nie zmieni...

Płyta na którą czekały tysiące fanów okazuje się dopieszczonym, nie do końca zdrowym dzieckiem. Warto posłuchać i cieszyć się oczekiwaniem, że może zespół zawita do Polski i pokaże swą koncertową moc.

poniedziałek, 23 lutego 2009
"Nutka" nr 17: Queens Of The Stone Age - "Songs For The Deaf" (2002)

Macie ochotę na prostego (ale nie prostackiego! ) rocka ? Lubicie ciężki i duszny klimat ? Ta płyta to dla Was pozycja obowiązkowa !

queens

Nagrana w 2002 roku, w najlepszym dla zespołu okresie, kiedy to członkami zespołu byli jeszcze (nieodżałowany) basista Nick Oliveri oraz Mark Lanegan, w kręgach postać znana i ceniona. Nadmienić należy, że za perkusją zasiadł sam Dave Grohl ! Jego uderzenie sprawia, że płyta dudni w głowie bardzo długo. "Pieśni dla głuchych" to muzyka, która brzmienia czerpie z tradycji bluesowych, ale i kapel grających naprawdę ciężko, np. Kyuss, który był podwaliną pod powstanie zespołu. Słychać, że muzycy swe kompozycje tworzyli "pod wpływem", podczas tzw. Dessert Sessions. Płytę wypełnia 14 wgniatających kawałków, których struktura opiera się głównie na zapętlonym gitarowym riffie i bardzo gęstej sekcji rytmicznej. Świetnym przykładem jest otwierający "You Think I Ain't Worth A Dollar But I Feel Like A Millionaire" oraz demonicznie zaśpiewany przez Lanegana "Song For The Dead". Z resztą połączenie wokaliz Marka i głównej postaci zespołu Josha Homme'a wychodzi wspaniale. Jednymi z większych hitów płyty, są singlowe "No One Knows" i "Go With The Flow" z libidycznym, rysunkowym klipem. Warto obejrzeć. Zespół umiejętnie bierze z muzyki rockowej to co najlepsze, a płyta wypełniona jest bardzo zróżnicowanym materiałem, który jednak nie sprawia wrażenia braku stylistycznej spójności. Wręcz przeciwnie ! Można traktować tę płytę jako koncept album. Elementami, które przeplatają się przez piosenki to fragmenty radiowych audycji, dźwięki niewadomego pochodzenia, szumy, trzaski, a nawet odgłos odpalanego samochodu.

Według mnie "Songs For The Deaf" to szczytowe osiągnięcie tego ciekawego projektu, najwyższy poziom kompozytorski i wykonawczy czyni tę płytę naprawdę solidną dawką rockowej "łupanki", która jednak daje do myślenia i do wsłuchania się. Jeśli już zawładnie waszą głową to gwarantuję długie godziny odkrywania tej muzyki na nowo.

 

sobota, 14 lutego 2009
"Nutka" nr 16: John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)

Po małej przerwie wracam z kolejną porcją muzyki.

Pozostając przy jazzie i wielkich płytach z dużą dawką synkopowania, nie trudno jest wybrać pozycję równie ważną jak "Kind Of Blue" Davisa. Bez wątpienia albumem, który na dobre umieścił saksofonistę Johna Coltrane'a w kręgu najważniejszych muzyków jazzowych, jest "A Love Supreme" nagrane dziewiątego grudnia 1964 roku, lecz wydane w roku następny.

John Coltrane-

Można by rozprawiać na temat stylu w jakim płyta jest zagrana, można by również zastanawiać się nad koncepcyjnością dzieła. W przypadku "A Love Supreme" myślenie przychodzi długo po tym jak oswoimy się z tymi dźwiękami, kiedy poznamy pełnię wartości płynących z głośników, kiedy Coltrane wygrywa swoje "ciężkie" solówki. Album został podzielony na cztery zwarte części, kolejno: "Acknowledgement", "Resolution", "Pursuance", "Psalm". Otwierający ten muzyczny spektakl utwór "Acknowledgement", przyprawia o dreszcz już na samym początku, kiedy to na kontrabasie zaczyna grać Jimmy Garrison. Tworzy on jedną z najbardziej znanych basowych przygrywek, a cały utwór krąży wokół tej melodii. Improwizacje to już właściwie kanon, przykład jak powinno się grać w czteroosobowym składzie. Kawałek kończy się zaśpiewem "A Love Supreme", który melodie czerpie właśnie z linii kontrabasu. Cześć druga "Resolution", znów rozpoczyna się od krótkiego basowego wstępu, by wybuchnąć całą gamą instrumentów i zapętlić fantastyczny temat. Utwór zbudowany jest właściwie na bazie swingu, lecz jego złożoność nie pozwala jednoznacznie zakwalifikować go do tego stylu. Najpięknejszy popis daje tu pianista McCoy Tyner. Grając swoją solówkę, doskonale operuje nietylko prawą, ale także lewą ręką, warto zwrócić na to uwagę. Kolejna część albumu, utwór "Pursuance" to z kolei popis perkusisty Elvina Jonesa. Jego solo to ponad minuta szaleństwa i czystego żywiołu. Całość zwarta jest oczywiście w piękny temat, który prowadzi saksofon i kolejno "wypuszcza" resztę muzyków do swych popisów. Szybkie tempo i mocny puls nie pozwalają spokojnie siedzieć słuchając tej kompozycji. Ostatnia cześć, kawałek "Psalm", doskonale wieńczy ten świetny album. Zagrany jest w specyficznym "wolnym" i klimatycznym stylu. Brak tutaj tętna, jest natomiast pełna uczuć, ekspresyjna odezwa do Boga.

Właśnie temat Boga na tym longplayu jest bardzo ważny. Coltrane nagrał tę płytę, kiedy udało mu się zerwać z narkotykowym nałogiem i przeżyć duchowe nawrócenie. Po ciężkim okresie w życiu nieustannie ćwiczył swoją grę, pracował nad sobą, co wprawiło w zdziwienie nawet samego Milesa Davisa. Jego postęp słychać na "A Love Supreme" doskonale, ta płyta jest świadectwem tego, że można osiągnąć w życiu coś więcej niż tylko sławę i pieniądze. Dar życia i miłości.

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin