Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
20000 !

Dziś wybiła liczba 20000 ! Już tylu z Was odwiedziło mojego bloga !

Szczerze dziękuję i zapraszam do dalszego czytania (no i komentowania) wpisów.

 

Ukłony - Tom Wolf :)

21:52, tomaszwolf1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 maja 2010
"Nutka" nr 41: Deftones - "Diamond Eyes" (04.05.2010)

Czy ten zespół może nas jeszcze czymkolwiek zaskoczyć? Dając podwaliny pod nowe trendy w ciężkim metalowym rzemiośle, na stałe zapisał się w historii muzyki, a płyty takie jak "Around The Fur" czy "White Pony" już zawsze będą się kojarzyły z rockiem XXI wieku. Płyta "Diamond Eyes" to już szóste wydawnictwo kalifornijczyków z Sacramento, niestety naznaczona piętnem tragedii.

deftones

Tego albumu miało nie być, nie ten tytuł, nie te kawałki. Kiedy zespół ukończył nagrywanie planowanej na 2009 rok płyty "Eros", nikt nie spodziewał się, że longplay ten nie ujrzy światła dziennego. Pech chciał, że jeden z filarów zespołu - basista Chi Cheng, uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, konsekwencją którego jest śpiączka, trwająca prawdopodobnie do dziś. Muzycy jednak nie poddali się, podjęli współpracę z Sergio Vegą (Quicksand) i zaczęli pracować nad zupełnie nowymi kawałkami. Generalnie muzyka nie zmieniła swego kształtu i Deftones konsekwentnie drepcze utartą przez siebie ścieżką. Na płycie jest wszystko to, do czego Chino Moreno z ekipą zdążyli nas przyzwyczaić, ich muzyczna ewolucja zatrzymała się gdzieś pomiędzy wspomnianą już płytą "White Pony", a "Deftones". Na "Diamond Eyes" brak "tego czegoś", jakieś iskierki, która pozwoliłaby słuchać z zachwytem kolejnych numerów. A tak niestety spośród jedenastu zgrabnych piosenek, w pamięć zapadają tylko dwie: singlowy "Rocket Skates" (typowy mocny riff i "śpiew" Chino) oraz lekki, balladowy "Sextape" (przypominający trochę utwór "Digital Bath").

Deftones A.D. 2010 pozostaje uznaną marką, lecz płytą "Diamond Eyes" nie posuwa się ani na krok. Muzycy stanęli w miejscu, a może nawet cofnęli się, jakby chcąc wrócić do czasu sprzed wypadku Chenga.

wtorek, 18 maja 2010
"Nutka" nr 40: The Dead Weather - "Sea Of Cowards" (11.05.2010)

Najpłodniejszy dziś chyba rockman na świecie Jack White, znany przede wszystkim z macierzystej formacji The White Stripes, wraz z fantastycznym projektem The Dead Wheater (oprócz White'a: Alison Mosshart, Dean Fertita i Jack Lawrence) wypuścił w świat drugą płytę zespołu "Sea Of Cowards".

the dead weather

Długo na drugie wydawnictwo zespołu czekać nie trzeba było, od debiutu dzieli je tylko niespełna 10 miesięcy. Biorąc pod uwagę trasę koncertową, oraz fakt, że jakoś ten krążek trzeba było skomponować i nagrać, rodzi się pytanie, czy nie jest to płyta zrobiona "na kolanie"? Nic podobnego. Już od pierwszych dźwięków nr 1 "Blue Blood Blues" wiemy, że mamy do czynienia ze zjawiskiem w świecie muzyki. Ciężka perkusja (za którą z resztą zasiada sam White), "buczący" bas i klasyczne w brzmieniu gitarowe riffy, plus do tego świetnie kontrastujące z całością klawisze, tworzą niesamowitą atmosferę jam-session zespołów z połowy lat 60'. Na ucho rzuca się także stosunkowo mała ilość tekstów i śpiewu. Właściwie tego drugie jest tutaj jak na lekarstwo, raczej są to wykrzyczane pojedyncze linijki słów, aniżeli prawdziwie piosenkowe teksty. Niewątpliwie świadczy to o tym, że muzycy skupili się przede wszystkim na swych instrumentach i starali się z nich wycisnąć jak najwięcej. Udało im się to w 100 procentach, pozostawiając pozytywny niedosyt, chciałoby się więcej i więcej. Fakt, brakuje na tej płycie "hitów" takich jak np. "Treat Me Like Your Mother" z debiutu "Horehound", tutaj natomiast płyta jest całością, kawałki zgrabnie łączą się motywami, tworząc namiastkę koncept albumu.

Jeśli tak dalej pójdzie, to za rok otrzymamy trzecie wydawnictwo The Dead Weather, a coś mówi mi, że tak może się stać. Muzycy chyba chcą dawkować szczęście swoim słuchaczom, prezentując im utwory które trwają mniej niż 4 minuty. Ahh, niedosyt jest ogromny, ale zawsze można puścić tę genialną płytę jeszcze raz. Co do tytułu, ten zespół jest dziś najodważniejszym i jednym z oryginalniejszych. Bez zastanowienia 10/10.

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin