Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
piątek, 31 lipca 2009
"Nutka" nr 28: Mayer Hawthorne - "A Strange Arrangement"

Wstajesz rano, słońce budzi Cię świecąc prosto w twarz, temperatura pewnie przekroczy 30 kresek. Masz ochotę posłuchać czegoś lekkiego, łatwego i przyjemnego, naładować się pozytywną energią na calutki dzień. Oto płyta dla Ciebie.

Mayer Hawthorne - A Strange Arrangement

Mayer Hawthorne (właściwie Andrew Cohen) świeżutka gwiazda wytwórni Stones Throw Records, wychowany w Ann Arbour na przedmieściach Detroit, znany szerzej dzięki DJskiej działalności jako DJ Haircut, wydał swoją debiutancką płytę, na której nie ma ani grama vinylowej podróży przez skrecze i miksy. Oto Mayer nagrał słodką popowo-soulową płytę, przy której dobrze będą bawić się zarówno starsi wyjadacze wychowani na śpiewających divach i gentelmenach w garniturach, jak i dzieciaki chcące swobodnie się pobujać. Na pierwszy rzut wyłania się nam singlowy kawałek "Just Ain't Gonna Work Out" który potwierdza zawartość krążka, choć trzeci na liście utworów staje się jakby odpowiednim "otwieraczem". Kawałek to "cudownie kretyński" (wybacz Marcel, nie mogłem się powstrzymać). Produkcyjnie i brzmieniowo płyta mocno przypomina dokonania Amy Winehouse a właściwie jej genialnego producenta Marka Ronsona. Dwanaście uroczych, krótkich piosenek które potrafią wprawić w dobry nastrój.

"A Strange Arragement" to zaparzacz kawy, akcelerator do wstania z łóżka, płyta która może towarzyszyć nam właściwie cały dzień, jednocześnie dająca o sobie zapomnieć. Rzecz w tym, że kiedy muzyka ucichnie, my ciągle w głowie nucimy sobie te melodie.

niedziela, 26 lipca 2009
"Nutka" nr 27: Bibio - "Ambivalence Avenue" (2009)

Kryjący się pod pseudonimem Bibio producent Stephen Wilkinson, wypuścił swój nowy doskonały krążek. Wilkinson specjalizuje się w akustycznych brzmieniach gitar, poddanych cyfrowej obróbce i produkcji. Piękna to podróż przez tak różne dźwiękowo światy.

Bibio - Ambivalence Avenue

Dzięki takiemu podejściu do muzyki, Bibio podaje nam arcyciekawą płytę, w której zaskakuje z utworu na utwór. Brzmieniowa różnorodność nie przeszkadza w spójnym podejściu do tematu. Wszystkie kawałki łączy uroczy, lekki i letni klimat, a melodyjność pozwala rozmarzyć się i słuchać w błogim nastroju. Co ciekawe Wilkinson nie ucieka od piosenkowości swoich produkcji, kompozycje takie jak "Abrasion" czy "The Palm Of Your Wave" mogą przypominać "akustyki" z debiutu zespołu Fleet Foxes. Z drugiej jednak strony otrzymujemy świetny samplowany "Fire Ant" i duszny, przytłumiony "Jealous Of Roses", kawałki które świadczą o naprawdę wysokim poziomie produkcyjnym Wilkinsona.

"Ambivalence Avenue" to pierwsza płyta Bibio wydana przez label WARP. Już ta wiadomość może być doskonałym świadectwem wysokiego poziomu nagrań. Sprawdźcie sami, a gwarantuję rozpłynięcie się przy dźwiękach tej jakże kolorowej muzyki.

piątek, 24 lipca 2009
"Nutka" nr 26: UUVVWWZ - "UUVVWWZ" (2009)

Trudno dziś znaleźć gitarowy zespół, który nie grałby tanecznych przebojów dla modnych dziewczyn i chłopców z grzywkami, zapatrzonych na "Franza", "Strokesa", czy innego "Kooksa". Jeśli nudzi Was ta stylistyka i trend, sięgnijcie po płytę "UUVVWWZ".

UUVVWWZ

Kapela z Nebraski udowodniła, że można grać zadziorne gitarowe utwory, nie rezygnując z eksperymentowania, ale też chwytliwych melodii i ładnych wokali. Za materiał odpowiedzialna jest spółka: Jim Schroeder (gitara), Tom Ambroz (perkusja), Dustin Wilbourn (bas) oraz śpiewająca Teal Gardner. Już otwieracz płyty, kawałek "Berry Can" daje nam pojęcie, jak brzmi cała płyta, w jakiej stylistyce się mieści. Ale nie brakuje niespodzianek i poczucia że chce się więcej i więcej. Na uwagę zasługują takie utwory jak "Neolano" (ponad 7 minutowy "niepokój"), wspomniany już nr 1, oraz zamykający całość "Hum Jam" ze świetnym wpadającym w ucho refrenem. Oczywiście to wierzchołek tej góry lodowej. Na płycie znalazło się tylko 9 kawałków, ale nie można mieć zastrzeżeń co do ich długości i intensywności.

Naprawdę jest tu co odkrywać i czym się zachwycać, a jeśli macie ochotę na ciekawą muzykę wyłamującą się z granic piosenkowości, serdecznie polecam to dziełko.

 

piątek, 03 lipca 2009
"Nutka" nr 25: Jane's Addiction - "Ritual de lo Habitual" (1990)

Pomyślcie przez chwilę z jakimi rockowymi płytami kojarzy wam się rok 91' ? Przychodzą na myśl za pewne "Nevermind" Nirvany, "Blood, Sugar, Sex, Magic" Red Hot Chilli Peppers, "Ten" Pearl Jamu czy "Badmotorfinger" Soundgarden. Dzieła które w swej kategori stały się tzw. opus magnum i przez długi jeszcze czas będą zachwycać. A teraz wyobraźcie sobie, że rok wcześniej na rynku pojawiła się płyta, o której śmiało można powiedzieć arcydzieło. "Panie i Panowie, mamy większy wpływ na wasze dzieci niż wy, ale też je kochamy. Urodzeni i wychowani w Los Angeles - Jane's Addiction"*

Jane's Addiction - Ritual de lo Habitual

Kontrowersje jakie powstały wokół zespołu zostawimy na bok, w końcu każdy fan muzyki rockowej wie, że Perry Farrel i spółka nie stronili od używek. Skupimy się na fantastycznej muzyce, która wypełnia krążek "Ritual de lo Habitual". Zespół umiejętnie połączył hard-rockową zadziorność z funkowym polotem i lekkością, co w rezultacie może przypominać dokonania wspomnianych już RHCP. Jane's jednak brzmią ciężej, więcej tutaj "tradycyjnie rockowych" solówek Dave'a Navarro, mniej rapowanek (Anthony Kiedis), więcej śpiewu, a perkusja brzmi trochę grunge'owo. Całość w efekcie brzmi świeżo i robi piorunujące wrażenie na słuchaczu. Płytę możemy podzielić na dwie części, utwory od 1 do 5 stanowią o sile muzyki zespołu, bez wytchnienia słucha się prawidziwe hard-rockowych kawałków takich jak "Stop!" czy "Ain't No Right". Druga strona, ta bardziej liryczna i akustyczna (6-9), to poniekąd hołd złożony przyjaciółce Farrela Xioli Blue, która zmarła z przedawkowania heroiny. Już sama ta informacja opisuje atmosferę kawałków ze "strony B". Jest posępnie i smutno, ale żywiołowo i z pazurem. Tutaj warto dodać, że magazyn Guitar World, umieścił solówkę z kawałka "Three Days" w stu najlepszych solówkach w dziejach muzyki rockowej. Pozostaje jeszcze sprawa okładki albumu, widać na niej męską i żeńską nagość, a wiemy, że cenzura w kraju wuja Sama nie lubi "brzydkich coverów". Zespół poszedł na kompromis i przedstawił wytwórni alternatywną wersję koperty (do obejrzenia tutaj).

Niewątpliwie "Ritual de lo Habitual" to płyta wielka i ponadczasowa. Szkoda, że wydana w czasie kiedy rok później na rynek trafiły albumy-kamienie milowe, co w efekcie nie dało zespołowi komercyjnego sukcesu, ale nie ma tego złego... Band zyskał grono wiernych fanów, którzy pokochali Jane i to ze wzajemnością.

 

*słowa wypowiadane po hiszpańsku na początku otiwerającego kawałka "Stop!"

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin