Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
środa, 10 października 2012
"Nutka" nr 50: Rival Sons - "Pressure & Time" (2011)

Tym razem wpis będzie krótki, bo w zasadzie muzyka "mówi" sama za siebie. Mam do Was tylko jedno pytanie: kochacie Led Zeppelin ? Innej odpowiedzi niż "tak" się nie spodziewałem, jeśli ktoś z Was jednak jakimś cudem Ich nie zna, niech wstuka sobie inny adres w przeglądarce, bo nie będzie miał tu czego szukać. Przed Wami Rival Sons i płyta "Pressure & Time"

Rival Sons

Pytanie o Klasyków z ołowianego cepelina, nie padło bez przypadku. Kalifornijski zespół Rival Sons garściami, a właściwie to cały kubłami, czerpie z dorobku wspomnianych Led Zeppelin, a płyta jest dowodem na to, że stary dobry hard-rock w połączeniu z korzennym blues'em ma się świetnie. Podobnie jak w przypadku wielkich kwartetów z lat 70 i 80, tak tutaj mamy do czynienia z kwartetem, bo jak każdy fan muzyki rockowej wie, wystarczy soczysty gitarowy riff i zgrana sekcja rytmiczna, plus oczywiście lekko soulowy, wysoki wokal. Jeśli chodzi zaś o same utwory, to większość z nich nie trwa dłużej niż trzy minuty, a i to wystarczy, by każda z kompozycji przyprawiła o szybsze bicie serca i rumieńce na twarzy. Posłuchajcie takich utworów jak "All Over The Road", czy "Get Mine" a wszystko będzie jasne.

Rival Sons to kapela którą odkryłem przez przypadek, czytając artykuł o zbliżającej się premierze nowego DVD Led Zeppelin "Celebration Day". Gdzieś w czeluści komentarzy, ktoś z premedytacją rzucił nazwę kapeli z Los Angeles, doskonale wiedząc, że ci, którzy kochają klasykę, zostaną pochłonięci dźwiękami zdolnych epigonów - a w tym przypadku to w cale nie pejoratywne stwierdzenie. Dziękuję anonimowy komentatorze! 

Linki do utworów znajdziecie w komentarzu na stronie fanowskiej (tutaj)

środa, 03 października 2012
"Nutka" nr 49: Ufomammut - "Idolum" (2008)

Są takie chwile w życiu każdego człowieka kiedy zaczyna zdawać sobie sprawę, że czegoś mu brakuje. Kilka dni temu i mnie dopadło dziwne "swędzenie" z tyłu głowy, które szeptem podpowiadało "napisz, napisz, napisz...". No i w końcu po ponad roku, zebrałem siły, zasiadłem przed klawiaturą swojego komputera i postanowiłem znów dzielić się z Wami moimi muzycznymi fascynacjami. Potraktujmy to wspólnie jako nowy początek tego zapomnianego bloga.

Od dłuższego czasu, a w zasadzie od momentu w którym przestałem regularnie wrzucać nowe wpisy, mój muzyczny gust mocno ewoluował w stronę co raz cięższych i mrocznych brzmień z pod znaku doom, stoner, czy bardziej kosmicznego (nazwijmy go z przymrużeniem oka) 'space metalu'. Kapelą, która z powodzeniem od kilku już dobrych lat łączy te gatunki, niewątpliwie jest włoski Ufomammut, a płyta "Idolum" gwarantuje odlot w stratosferę.

Ufomammut - Idolum

Pierwsze dźwięki otwierającego tę płytę utworu "Stigma", śmiało można byłoby wziąć za świeżą produkcję mistrzów trip-hopu Massive Attack, monotonny i ciężki riff, który po kilku taktach łączy się z jednostajnym rytmem perkusji, od samego początku wprowadza w trans i sugeruje, że ten odlot to nie będzie nirwana. Na tych dźwiękach trzeba się skupić. Przede wszystkim na uwagę zasługują elektroniczne wstawki i sample, tworzące kosmiczną aurę całości. Kiedy dołożymy do tego wszystkiego wokal brzmiący jakby z otchłani najciemniejszych zakątków muzyki, otrzymamy wspaniały "otwieracz" fenomenalnej płyty. Później jest już tylko ciekawiej, "Stardog" (nr 2) brzmi niczym klasyczny stoner metalowy kawałek, śmiało mógłby znaleźć się na którejś z płyt brytyjczyków z Electric Wizard. Podobnie rzecz ma się z nr 3 "Hellectric", początkowo delikatne nuty gitary i szum dają chwilę odetchnąć, by po chwili znowu rzucić na kolana potężnym uderzeniem i ścianą dźwięku. Najspokojniejszy z całego zestawu kawałek "Ammonia" z pięknym damskim wokalem, śmiało może być odpowiedzią na genialny popis w pamiętnym "The Great Gig In The Sky" Floydów. Zaiste piękny utwór. Pozycja nr 5 "Nero" podobnie jak "Stigma" bazuje na monotonnym, głównym riffie, wokół którego stale rośnie napięcie, by gdzieś w połowie wybuchnąć i powolutku wraz z ciekawie przesterowanym basem, dociągnąć nas do genialnego utworu "Destroyer", najkrótszy w całym zestawie, a na przekór dający właściwie całościowy obraz płyty. Krążek zamyka ponad dwudziestominutowa kompozycja "Void/Elephantom". Na początek krótkie gitarowe wprowadzenie, następnie jakby plemienne wokalizy na tle miękkiego i "podwodnego" brzmienia. Później oczywiście cała gama gitarowych pejzaży, przez które właściwie przechodziliśmy w każdym z kawałków na płycie. Zaskoczeniem w tej kompozycji jest właściwie ambientowe zakończenie, które z powodzeniem mogłoby znaleźć się na jednej z płyt mistrza gatunku Briana Eno.

Wszystkie te skojarzenia, oraz odniesienia do klasyków rocka, czy elektroniki, pojawiły się nie bez powodu. Ufomammut czerpie garściami z dokonań tak różnych twórców, tworząc jedyną w swoim rodzaju muzykę.

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin