Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
niedziela, 23 maja 2010
"Nutka" nr 41: Deftones - "Diamond Eyes" (04.05.2010)

Czy ten zespół może nas jeszcze czymkolwiek zaskoczyć? Dając podwaliny pod nowe trendy w ciężkim metalowym rzemiośle, na stałe zapisał się w historii muzyki, a płyty takie jak "Around The Fur" czy "White Pony" już zawsze będą się kojarzyły z rockiem XXI wieku. Płyta "Diamond Eyes" to już szóste wydawnictwo kalifornijczyków z Sacramento, niestety naznaczona piętnem tragedii.

deftones

Tego albumu miało nie być, nie ten tytuł, nie te kawałki. Kiedy zespół ukończył nagrywanie planowanej na 2009 rok płyty "Eros", nikt nie spodziewał się, że longplay ten nie ujrzy światła dziennego. Pech chciał, że jeden z filarów zespołu - basista Chi Cheng, uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, konsekwencją którego jest śpiączka, trwająca prawdopodobnie do dziś. Muzycy jednak nie poddali się, podjęli współpracę z Sergio Vegą (Quicksand) i zaczęli pracować nad zupełnie nowymi kawałkami. Generalnie muzyka nie zmieniła swego kształtu i Deftones konsekwentnie drepcze utartą przez siebie ścieżką. Na płycie jest wszystko to, do czego Chino Moreno z ekipą zdążyli nas przyzwyczaić, ich muzyczna ewolucja zatrzymała się gdzieś pomiędzy wspomnianą już płytą "White Pony", a "Deftones". Na "Diamond Eyes" brak "tego czegoś", jakieś iskierki, która pozwoliłaby słuchać z zachwytem kolejnych numerów. A tak niestety spośród jedenastu zgrabnych piosenek, w pamięć zapadają tylko dwie: singlowy "Rocket Skates" (typowy mocny riff i "śpiew" Chino) oraz lekki, balladowy "Sextape" (przypominający trochę utwór "Digital Bath").

Deftones A.D. 2010 pozostaje uznaną marką, lecz płytą "Diamond Eyes" nie posuwa się ani na krok. Muzycy stanęli w miejscu, a może nawet cofnęli się, jakby chcąc wrócić do czasu sprzed wypadku Chenga.

wtorek, 18 maja 2010
"Nutka" nr 40: The Dead Weather - "Sea Of Cowards" (11.05.2010)

Najpłodniejszy dziś chyba rockman na świecie Jack White, znany przede wszystkim z macierzystej formacji The White Stripes, wraz z fantastycznym projektem The Dead Wheater (oprócz White'a: Alison Mosshart, Dean Fertita i Jack Lawrence) wypuścił w świat drugą płytę zespołu "Sea Of Cowards".

the dead weather

Długo na drugie wydawnictwo zespołu czekać nie trzeba było, od debiutu dzieli je tylko niespełna 10 miesięcy. Biorąc pod uwagę trasę koncertową, oraz fakt, że jakoś ten krążek trzeba było skomponować i nagrać, rodzi się pytanie, czy nie jest to płyta zrobiona "na kolanie"? Nic podobnego. Już od pierwszych dźwięków nr 1 "Blue Blood Blues" wiemy, że mamy do czynienia ze zjawiskiem w świecie muzyki. Ciężka perkusja (za którą z resztą zasiada sam White), "buczący" bas i klasyczne w brzmieniu gitarowe riffy, plus do tego świetnie kontrastujące z całością klawisze, tworzą niesamowitą atmosferę jam-session zespołów z połowy lat 60'. Na ucho rzuca się także stosunkowo mała ilość tekstów i śpiewu. Właściwie tego drugie jest tutaj jak na lekarstwo, raczej są to wykrzyczane pojedyncze linijki słów, aniżeli prawdziwie piosenkowe teksty. Niewątpliwie świadczy to o tym, że muzycy skupili się przede wszystkim na swych instrumentach i starali się z nich wycisnąć jak najwięcej. Udało im się to w 100 procentach, pozostawiając pozytywny niedosyt, chciałoby się więcej i więcej. Fakt, brakuje na tej płycie "hitów" takich jak np. "Treat Me Like Your Mother" z debiutu "Horehound", tutaj natomiast płyta jest całością, kawałki zgrabnie łączą się motywami, tworząc namiastkę koncept albumu.

Jeśli tak dalej pójdzie, to za rok otrzymamy trzecie wydawnictwo The Dead Weather, a coś mówi mi, że tak może się stać. Muzycy chyba chcą dawkować szczęście swoim słuchaczom, prezentując im utwory które trwają mniej niż 4 minuty. Ahh, niedosyt jest ogromny, ale zawsze można puścić tę genialną płytę jeszcze raz. Co do tytułu, ten zespół jest dziś najodważniejszym i jednym z oryginalniejszych. Bez zastanowienia 10/10.

piątek, 02 kwietnia 2010
"Nutka" nr 39: Bonobo - "Black Sands" (29.03.2010)

Szczerze przyznam, że nigdy nie darzyłem Simona Greena szczególną estymą. Z ciekawością jednak sięgnąłem po czwartą regularną płytę mistrza downtempo. I biję się w pierś pokornie, bo jest to płyta pod każdym względem rewelacyjna. Proszę państwa "Black Sands" !

bonobo - black sands

Zawsze uważałem muzykę Greena za zbyt ckliwą i sentymentalną. Taką do głaskania po głowach. Poprzednia płyta "Days To Come" jakkolwiek świetna i uznana, rzadko gościła w moim odtwarzaczu. Niemniej jednak pozycja jaką Bonobo wyrobił sobie na światowej scenie muzyki nowoczesnej, skłania do śledzenia poczynań i "zawieszenia" się nad muzyką choć przez chwilę. Nie spodziewałem się, że płyta "Black Sands" będzie mi towarzyszyć aż tak długo i intensywnie, a przypominam, że premierę miała jeszcze w tym tygodniu. Co więc tak mnie w tym dziele zachwyciło ? Przede wszystkim klimat i przepiękne kompozycje. Green fantastycznie operuje nowoczesną technologią, a jednocześnie do swych utworów wykorzystuje tradycyjne instrumenty takie jak np. skrzypce ("Kiara"), to wielki plus tej płyty. Słychać, że artysta nie próżnował przez cztery lata od ostatniej płyty i śledził trendy panujące w muzyce. Znajdziemy tu lekko podbarwione jazzem "Kong", czy nowocześnie brzmiące "Eyesdown" zdradzające inspiracje two-stepem (a może nawet dubstepem). Warto nadmienić także, że Bonobo realizując "Black Sands" szukał wpływu na całym świecie: instrumenty dęte nagrywano w Barcelonie, perkusję w San Franciso, linie basowe z kolei w Hackney. Śmiało można stwierdzić, że jest to muzyka globalna. Płyta jest całością, jednorodnym dziełem, które trzeba przesłuchiwać od początku do końca, bez omijania żadnej kompozycji.

Bonobo już za sprawą poprzedniczki stał się ikoną i wyznacznikiem jakości wytwórni Ninja Tune. "Black Sands" to jak dotąd kropka na przysłowiowym "i" jego muzycznej działalności. Płyta doskonała i dojrzała, eklektyczna, ale spójna. Po prostu urzekająca !

środa, 31 marca 2010
"Nutka" nr 38: Seasick Steve - "Dog House Music" (2006)

Trudno dziś o muzycznych Guru. O ludzi, którzy w życiu przeszli wszystko, a mimo to nie poddali się i postawili wszystko na jedną kartę. Steven Gene Wold, zwany dalej Seasick Steve grywał w paryskim metrze, w Norwegii przeszedł rozległy zawał serca, który skłonił go do nagrania debiutanckiej płyty. Współpracował z Janis Joplin i Joni Mitchel, był kumplem Kurta Cobaina...

seasick cover

Wyglądem przypomina włóczęgę, gra na trzystrunowej gitarze, na nowo odkrył go Jools Holland w swoim autorskim programie. Ten sponiewierany przez życie człowiek, prostotą swego przekazu potrafi dotrzeć do serc od pierwszych prościutkich i oszczędnych dźwięków. Ta płyta zawiera 13 kompozycji, które śmiało można byłoby usłyszeć na werandzie Nowo Orleańskiego domku gdzieś w końcu XIX wieku. Korzenny blues i codzienne historie, to sedno tego dzieła. Seasick w swym śpiewie przekazuje nam wszystkie swoje najskrytsze emocje i bolączki tego świata, nie sposób nie dać się ponieść tak wspaniałej, emocjonalnej muzyce.

Jeśli macie dość odwagi, by zmierzyć się z życiem, koniecznie sięgnijcie po tę płytę. Po jej przesłuchaniu już nic nie będzie takie samo.

piątek, 26 marca 2010
"Nutka" nr 37: The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble - "Miles Away" (23.02.2010)

Otis Jackson Jr. to człowiek muzyka. Znany przede wszystkim pod pseudonimem Madlib, stał się bodaj najpłodniejszym artystą i producentem czarnej muzyki. Od ciężkiego i zadymionego hip-hopu, po wypieszczone jazzowe kompozycje. Tę płytę zdecydowanie można przypisać tej drugiej etykiecie.

The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble

Lekko nie jest. Ta płyta to kawałek ciężkiego jazzowego rzemiosła. Gęste brzmienia, szeleszcząca sekcja rytmiczna i klawiszowe improwizacje z pogranicza free jazzu, wymagają od słuchającego dużego skupienia. Do tego wszystkiego "kosmiczna" i "upalona" atmosfera dają nam bilet w jedną stronę do "Madlibowskiej" krainy. Powrotu nie będzie, ta płyta wciąga jak bagno. Im dalej się w nią brnie, tym głębiej nas pochłania. Co ciekawe jest to tak specyficzna dla Jacksona Jr. produkcja, iż śmiało można stwierdzić, że charakteryzuje jego styl. Ten człowiek sam sobie jest inspiracją, nie potrzebuje oglądać się w przeszłość muzyki. On tworzy przyszłość dźwięków.

Ciekawe czy The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble stanie się kolejnym jednopłytowym projektem, a może Madlib podąży tą jazzową ścieżką i uraczy nas kolejnym wybitnym dziełem? Pozostaje nam czekać i mieć nadzieję, że właśnie tak się stanie, przy okazji trzymając kciuki, za wizytę w naszym kraju. Może kiedyś marzenia fanów się spełnią...

sobota, 13 marca 2010
"Nutka" nr 36: Down - "III: Over The Under" (2007)

Dość długo zmagałem się z niemocą i brakiem chęci do napisania czegokolwiek, aż tu nagle przypomniałem sobie, że jest gdzieś tam płytka, która bardzo mocno wdarła się w muzyczne zwoje i czekała, żeby odpowiednio potężnie wybuchnąć, rażąc przy okazji mocą i brzmieniem.

down - over

Co wspólnego mogą mieć zespoły takie jak Pantera, Crowbar czy Corrosion of Conformity? Ano poza tym, że wykonując ciężką odmianę "szansonów" gitarowych, posiadały w swoich szeregach muzyków, którzy stworzyli jeden z ciekawszych metalowych projektów ostatnich lat. Oto Phil Anselmo, Pepper Keenan, Kirk Windstein, Rex Brown i Jimmy Bower jako Down przez długi czas działalności (kapela sformowała się w 1991 roku, debiut wydany cztery lata później), wydali tylko trzy albumy. Płyta "Over The Under", ostatnie jak dotąd wydawnictwo, poraża mocą i brzmieniem. Muzycy nie zrezygnowali jednak z melodyjności, nadając kompozycjom szczególną "lekkość". Utworów słucha się nadzwyczaj przyjemnie, a przecież każdy osłuchany "meloman" wie, że pan Anselmo pokrzyczeć lubi. Warto wspomnieć też o wyraźnej inspiracji klasykami rockowego grania, przede wszystkim o Led Zeppelin. Kompozycja "Beneath The Tides" to wręcz kopia "When The Leeve Breaks" wspomnianych "mistrzów". Bynajmniej to nie atak w stronę Down, wręcz przeciwnie. Chłopaki świetnie operują znanymi patentami, a solówka zagrana techniką slide przyprawia o dreszcz.

"Over The Under" to świetnie zrealizowany longplay, kapeli, która potrafi zaskakiwać. Zespół wypracował specyficzne brzmienie i gra "z głową". To ważne, bo płyta nie nudzi, a trwa ponad godzinę i naprawdę daje sporo radochy. Niecierpliwie czekam na czwartą płyta, która podobno rodzi się gdzieś w Nowym Orleanie.

niedziela, 31 stycznia 2010
"Nutka" nr 35: Tom Waits - "Blue Valentine" (1978)

Tom Waits dawno temu pojawił się już na łamach tego pokręconego bloga (patrz tutaj), ale nie sposób omijać jego twórczości i opisywać tylko jego debiut. Tym razem sięgam po najbardziej chyba bluesową płytę Mistrza - "Blue Valentine"

Tom Waits - Blue Valentine

Szósta w dorobku, wydana została w 1978 roku i przyniosła zmiany. Przede wszystkim dla fanów zaskoczeniem może być odejście od tradycyjnego jazzowego bandu, a zastąpienie go bardziej rockowym, czy bluesowym. Co prawda otwierający album utwór "Somewhere (From West Side Story)" Bernsteina i Sondheima przywodzi na myśl wcześniejsze dokonania artysty, te bardziej musicalowe i "filmowe", a kawałki takie jak "Christmas Card From A Hooker In Minneapolis" czy "Kentucky Avenue" podtrzymują ten klimat, reszta jest już odmienna. Przede wszystkim trzeba tu wspomnieć o "Red Shoes By The Drugstore", które daje lekkie światło na późniejsze eksperymenty Waitsa, oraz o stricte bluseowym ponad ośmiominutowym "$29.00". Wspaniale bujająca kompozycja długo pozostaje w naszych głowach, choć to przecież tradycyjny blues, zero innowacyjności. Warto też wspomnieć o "najmocniejszym" w całym zestawie utworze "Whistlin' Past The Graveyard", prowadzony przez gitarowo-saksowonowy riff, trochę skoczny, nerwowy. No i na deser przepiękna piosenka "Blue Valentines". Delikatna i stonowana, utrzymana w konwencji bluesowej ballady, to tylko gitara na której akompaniował Ray Crawford i śpiewający Tom. 5 minut i 50 sekund czystej przyjemności.

Płyta "Blue Valentine" może nie jest największym artystycznym osiągnięciem Waitsa, ale za to trafia prosto w serducho i sieje egzystencjalne spustoszenie. Po kilkukrotnym przesłuchaniu ma się ochotę zamknąć w pokoju i nie wychodzić do ludzi przez kolejny tydzień. Cudowna płyta, trzeba znać...

poniedziałek, 28 grudnia 2009
"Nutka" nr 34: Atom TM - "Liedgut" (2009)

Uwe Schmidt, człowiek instytucja w elektronicznym świecie, znany pod pseudonimami Atom Heart, Senor Coconut, Geeez 'N' Gosh czy Lisa Carbon, w tym roku wydał arcyciekawą, poszukującą płytę "Liedgut" w ramach projketu Atom TM.

Atom TM - Liedgut

Zawartość płyty może zaskoczyć najwytrwalszych słuchaczy, którzy z muzyką eksperymentalną są dobrze zaznajomieni. Utwory na niej zawarte to głównie dźwiekowe kolaże i fantastycznie dobrane efekty, które na początku mogą stwarzać wrażenie chaosu. Androidalnie wypowiadane słowa na początku suity "Wellen Und Felder" mogą przywodzić na myśl dokonania Kraftwerk, słychać niemiecką precyzję i matematyczną wręcz dokładność. Na uwagę zasługuje przede wszystkim kompozycja "Funksignal", tutaj nawet specyficzny i znany przez każdego dźwięk wyszukiwania sieci przez telefon komórkowy, który leży w pobliży sprzętu grającego, brzmi fascynująco i tworzy bazę rytmiczną wokół której skupia się reszta szumów, trzasków i hałasów. Większoć z kawałków, a jest ich dwadzieścia, nie trwa dłużej niż trzy minuty, dzięki temu nie nudzimy się słuchają tych naprawdę trudnych w odbiorze produkcji.

Dla początkującego słuchacza płyta ta jest niedoprzyjęcia ze względu na swoją pozorną przypadkowość. Jest ona natomiast świadectwem rozwoju muzyki elektronicznej, dowodem na to, że w tym gatunku wszystko jest możliwe. Świetna płyta, która została wpisana na listę 50 albumów roku 2009 przez brytyjski magazyn The Wire. Jakość sama w sobie !

czwartek, 17 grudnia 2009
"Nutka" nr 33: Them Crooked Vultures - "Them Crooked Vultures" (17.11.2009)

Tej płyty nie mogło tutaj zabraknąć. Wielki rockowy projekt w skład którgo wchodzą żyjące (śmiało można użyć takiego określenia) legendy rocka: Josh Homme (Kyuss, Queens Of The Stone Age, Eagles Of Death Metal), Dave Grohl (Foo Fighters, Nirvana) oraz John Paul Jones (Led Zeppelin), 17 listopada tego kończącego się roku, wypuścił swoje pierwsze dzieło zatytułowane po prostu "Them Crooked Vultures".

Them Crooked Vultures

Trudno obiektywnie podejść do płyty muzyków, których dokonania zna się tak dobrze, a od których możnaby oczekiwać oryginalności, szczególnie jeśli mowa o współpracy owych Panów. Jednak "wielkość" postaci nie przeszkadza w czystym, zdystansowanym podejściu do tematu. Na początek trzeba sobie postawić pytanie, czy tak mogłaby brzmieć kolejna płyta Queensów ? Czy Grohl, bębniąc będzie miał jeszcez ochotę wystąpić w roli frontmana Foo Fighters, no i czy J.P. Jones naprawdę był tu potrzebny ? Odpowiedzi pojawiają się samy gdy tylko włączymy płytę i po prostu odpłyniemy w słodką krainę hard rocka. Materiał na płycie to generalnie mocne brzmienia sięgające do korzeni gitarowej muzyki, a współczesna produkcja nadaje specyficzny ton całości. Po pierwszym przesłuchaniu ciężko pozbyć się wrażenia, że czegoś tu brakuje, jakieś "iskierki" która zapaliłaby w nas ogień i nie pozwoliła odejść od odbiorników. Oczywiście wrażenie to ulatnia się wraz z kolejnymi minutami spędzonymi przy płycie. Utwór który "wpada" najłatwiej to "Scumbag Blues", napędzany nerwowym bitem, łamanym riffem gitary i falsetowymi zaśpiewami Homme'a. Skoczne tempo nie pozwala na bezczynność stopom słuchającego. Kawałek "Bandoliers" przypomina trochę te z płyty "Lullabies To Paralyse" Queens of the Stone Age, ale utrzymuje oryginalność brzmieniową projektu. Na uwagę zasługuje również piosenka "Gunman", mnie osobiście kojarzy się z dokonaniami zespołu CKY, ale tylko w częście "zwrotkowej", reszta pozostaje bardzo "sępia". Całość trwa trochę ponad godzinę, ale dla otwartych muzycznych umysłów będzie wielką przyjemnością wsłuchiwanie się w każdą sekundę !

Ta płyta może stać się jedną z najważniejszych rockowych płyt tego roku i zapewnie pojawi się w wielu rankingach. Tacy muzycy z taką płytą nie mogliby przejść niezauważeni przez muzyczną aleję.

 

niedziela, 01 listopada 2009
"Nutka" nr 32: Mark Lanegan - "Whiskey For The Holy Ghost" (1994)

To jedna z tych płyt, po przesłuchaniu których, ma się ochotę spakować plecak i wyjść z domu w niewiadomym kierunku. Intymna, duchowa i skromna w środkach płyta byłego wokalisty zespołu Screaming Trees - Marka Lanegana.

Mark Lanegan - Whiskey For The Holy Ghost

Wydana w 94 roku, po grungeowej eksplozji, zbiegiem czasu stała się arcydziełem akustycznej, smutnej piosenki. Album otwiera, dedykowany zmarłemu Cobainowi, kawałek "The River Rise", jest właściwie prezentacją tego co możemy na płycie znaleźć. Następnie dostajemy potężną dawkę rocka - "Borracho". To najmocniejszy w całym zestawie utwór, w którym napięcie rośnie, by w końcu wybuchnąć "pijaną" gitarową solówką. Z resztą również głos naszego bohatera wskazuje na spożycie, prosząc jednocześnie o "whiskey dla wszystkich duchów". Kolejną piosenką zasługującą na uwagę jest "Riding The Nightingale". Najdłużasza w całym zestawie, zapiera dech w piersiach swoją lirycznością i melodią. Na płycie znajdziemy mnóstwo pięknych melodii, które w tradycyjnym rockowym zestawie, wzbogacają takie instrumenty jak organy Hammonda czy pianino, natomiast głowne "skrzypce" gra tutaj akustyczna gitara.

Mnóstwo na tej płycie inspiracji twórczością Toma Waitsa czy Niela Younga, w tym wypadku na pewno nie jest to zarzut. Wręcz przecziwnie, Lanegan sięgając po styl tych klasyków, w stuprocentach oddał siebie słuchającym. Zmęczony głos i gorzkie teksty, w sam raz na ponure jesienne wieczory. Piękna płyta.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin