Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
czwartek, 14 maja 2009
"Nutka" nr 23: Kombinat Sznurowadła - "Kombinat Sznurowadła" (2009 EP 5')

Będę szczery. Tę płytkę dostałem od zaprzyjaźnionego basisty zespołu - Łukasza. Byłem "świadkiem" jej powstawania i każdy utwór znałem zanim Kombinat wydał swoje pierwsze jak dotąd wydawnictwo. Dodać warto, że w całości własnym sumptem.

Kombinat Sznurowadła

To co grają chłopaki to w gruncie rzeczy alternatywny (indie) rock, ale jak sami piszą: "Jeśli chcesz, wejdź w świat naszej wyobraźni, jeśli nie to wypierdalaj. I to jest całe nasze independiens". Wybaczcie wulgaryzm, ale autor tych słów streścił podejście do grania w stu procentach. Muzyka najbliżej się ma do dokonań polskiej sceny, kapel takich jak Kult (to zapewne dzięki sekcji dętej), ale i zespołów grających tzw. brit pop. Sporo tu ciekawych brzmień klawiszowych i gitarowych riffów, choć prostych doskonale zgrywających się z charakterem muzyki. Inteligentne teksty w większości komentują dość ironicznie rzeczywistość w jakiej przyszło żyć młodym ludziom, ale i naśmiewają się z dzisiejszych "bohaterów" zbuntowanej młodzieży, posłuchajcie "Cze Guevare", a wszystko będzie jasne. Nie obca jest też tekściarzowi zabawa słowem ("Lajf Is Misie"). Szkoda tylko, że kawałków na pięciocalowej płytce jest tylko 5. Potencjał jaki ma ten zespół świetnie sprzedaje się na koncertach, a muzyka nie pozwala ustać w miejscu.

Zainteresowanych zespołem zapraszam i odsyłam do stron www.sznurowadla.art.pl oraz www.myspace.com/kombinatsznurowadla

16:21, tomaszwolf1
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 kwietnia 2009
"Nutka" nr 22: Tesla Boy - "Tesla Boy (EP)" (2009)

Synthpop umarł ? Nie moi drodzy, ma się świetnie i wręcz kwitnie. Muzyka lat 80 zazwyczaj kojarzona z kiczem i plastikiem wraca do łask i naszych odbiorników, a ta krótka (tylko 5 utworów) płytka, jest tego dowodem. Tesla Boy !

Tesla Boy- Tesla Boy

Moskiewski band wypuścił na rynek swój debiut, choć nie możemy mówić o pełnowymiarowej płycie. Muzyka w niej zawarta to genialna dawka tanecznych rytmów, których nie powstydzili by się Alphaville czy A-Ha. Pamięta ktoś, że takie kapele w ogóle istniały ? Najwidoczniej takie brzmienia mają wciąż swoich wyznawców, a chłopaki z Tesla Boy powinni stać się ich nowymi guru. Retro klawisze i syntetyczne melodie, które nie pozwalają usiedzieć w fotelu, tak można by najkrócej opisać to co znajdziemy za tą "różową" okładką. Otwierający numer "Spirit Of The Night" już właściwie stał się gwoździem imprez (przynajmniej dla mnie). Tempo nie zwalnia ani na sekundę, napięcie towarzyszy nam do ostatniej piosenki. Właśnie słowo piosenka jest tu jak najbardziej na miejscu. Szkoda, że jest ich tylko 5, a łączna długość płytki nie przekracza 30 minut.

Cóż, pozostaje nam tylko czekać na pełnowymiarowy longplay, miejmy nadzieję, że będzie trzymał tak wysoki poziom jak ta EPka. Chłopcy i dziewczęta, na parkiety ! Lata 80 wracają z hukiem !

czwartek, 16 kwietnia 2009
"Nutka" nr 21: Kings Of Leon - "Only By The Night" (2008/2009)

Proszę państwa, oto najważniejsza rockowa płyta 2008 roku! Nagrodzona dwoma statuetkami BRIT Awards 09', oraz sprzedażą ponad półtora miliona egzemplarzy (i to tylko w Wielkiej Brytanii !). Na wskroś Amerykański zespół (pochodzenie - Nashville) podbija świat swoim czwartym wydawnictwem, który w końcu został zauważony w ich ukochanej ojczyźnie.

Kings Of Leon - Only By The Night

Szczytowe jak dotąd osiągnięcie "wnuków dziadka Leona" przynosi nam niezwykle dojrzałą, mocno zakorzenioną w bluesowych i countryowych korzeniach, dawkę rocka z przedrostkiem indie, new, alternative lub "coś tam-coś tam co chcecie". Już dziś można mówić o mega hitach, które są nieodłączną cześcią koncertów zespołu, to utwory "Sex On Fire" oraz " Use Somebody", rozpalają one publikę, która za każdym razem przedstawia popis swoich wokalnych umiejętności, dając chwilę odpoczynku wokaliście i gitarzyście Caleb'owi Followill. Te dwa kawałki są jakby najbardziej rock'n'rollowe i agresywne z pośród pozostałych. Co stanowi więc o sile tej płyty ? Niezwykle intymny i emocjonalny charakter całości, brzmienie oraz piękne melodie i "nocny klimat" nagrań. Kawałki takie jak otwierający płytę "Closer", czy "Cold Desert" to perełki muzyki, zapewne będą towarzyszyć skrzywdzonym przez ukochaną osobę, może nawet staną się "wyciszaczem" imprez, które wymknęły się spod kontroli. Piękna to muzyka nie tylko dla fana gitarowego grania, ta płyta powinna znaleźć się w dyskografii każdego kto choć trochę interesuje się muzyką, a jego wrażliwość pozwala mu na chwilę prawdziwego uniesienia.

Podobno muzycy niewiele pamiętają z sesji nagraniowej ich jak dotąd najlepszej płyty: "Poryczałem się, kiedy usłyszałem tę piosenkę po raz pierwszy. Nikt z nas nie pamiętał, że w ogóle to nagraliśmy, tak byliśmy pijani. Gramy tu na setkę i tylko jeden raz. Napisałem tylko jeden, pierwszy wers tekstu. Reszta to strumień pijackiej świadomości..." - mówi Caleb, opisując ostatni numer "Cold Desert". Te słowa świetnie opisują charakter tego wydawnictwa, lecz nie bierzcie ich całkiem poważnie. Znajdziecie tu naprawdę szczerą i duchową muzykę, stanie się ona ważnym elementem waszej muzycznej fascynacji. Gorąco polecam !

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
"Nutka" nr 20: Easy Star All-Stars - "Easy Star's Lonely Hearts Dub Band" (2009)

Czy okładka nie przypomina wam jednej z najbardziej rozpoznawalnych okładek w muzyce ? Czy tytuł nie nasuwa wam skojarzeń z płytą, która jest bodajże najważniejszą w historii ? Tak ! Słusznie myślicie o "Sierżancie Pieprzu" The Beatles, lecz na pewno dziwicie się o co tu chodzi. Już wszystko tłumaczę.

Easy Star All-Stars - Easy Star's Lonely Hearts Dub Band

Zespół Easy Star All-Stars zaistniał na rynku dzięki coverom klasycznych już dziś płyt, "The Dark Side Of The Moon" (Pink Floyd) oraz "OK Computer" (Radiohead), na regowo-dubowe bujanki. Płyty przyjęte były entuzjastycznie, a jakość i poziom wykonania ich przez zespół przerósł najśmielsze oczekiwania. W oczekiwaniu na kolejną "przeróbkę" możnaby robić zakłady, po jaki klasyk tym razem sięgnie Easy Star... Jakież zaskoczenie towarzyszyło mi kiedy usłyszałem informację, że będzie to "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Porywanie się wręcz na świętość nie mogło przynieść niczego co mogłoby zachwycić, natomiast ciekawość i myśl "jak to zabrzmi", pozwoliła podejść do tego albumu z dystansem. Nie będę pisał o kompozycjach, bo każdy fan muzyki powinien znać (lub przynajmniej kojarzyć) tytuły i oryginalne brzmienie. Ważniejsze jest to, że mimo tak trudnych kawałków jakie stworzyli Beatles'i (spróbujcie je zagrać), zespół Easy Star All-Stars wyszedł obronną ręką i pokazał klasę wykonawczą i produkcyjną.

Brak tu zachwytu i zaskoczenia jaki towarzyszył po przesłuchaniu wcześniejszych płyt tego ciekawego projektu, lecz całość daje w konsekwencji kapitalnych numerów pozytywne odczucie. Płyta to raczej ciekawostka, warto po nią sięgnąć i przekonać się, co można "wypocić" biorąc na warsztat Mistrzów. Pamiętajcie jednak, że The Beatles to był fenomen i nikt nie dosięgnie im nawet do pięt, grając ich numery, szczególnie te z "Sierżanta Pieprza".

czwartek, 26 marca 2009
"Nutka" nr 19: Various Artists - "Protected Massive Samples" (2009)

Kto pamięta doskonały debiut trip-hopowego zespołu Massive Attack z 1991 roku ? Komu nieśmiertelne numery, takie jak "Be Thankful For What You Got", czy "Unfinished Sympathy" powodują ciarki na plecach do dziś ? Jeśli znalazłeś się w grupie osób, które odpowiedziały na te pytania i właśnie wrzuciły do odbiornika płytę "Blue Lines", powinieneś poznać "płytę matkę" !

Massive samples

Longplay wypełniony jest dwunastoma kompozycjami, które muzycy zespołu Massive Attack wykorzystali do stworzenia czegoś nowego i świeżego. Już teraz wiemy, że debiut dał podwaliny pod muzyczny styl zwany trip-hopem. Nie wiemy natomiast jak wyglądał by rynek gdyby nie właśnie "Blue Lines". Nadal jest to jedna z najważniejszych elektronicznych płyt jakie się ukazały. Ale wróćmy do płyty "Protected Massive Samples". Już pierwszy utwór "Mambo" wykonany przez Wally'ego Badarou przypomina nam dobrze znane dźwięki, a kolejne takie jak "Mellow Mellow" Lowrell'a czy "Stratus" Billy'ego Cobhama wzbudzają w słuchaczu błogi uśmiech i poczucie, że bez jazzu i funku z lat 70' nie byłoby w dzisiejszej muzyce nic wartościowego. Właśnie funk dominuje na tym wydawnictwie, nadaje puls, a rytmy, które wypływają z głośników rozkosznie łechczą nasze uszne małżowiny.

"Protected Massive Samples" to pozycja, którą powinni poznać zarówno fani elektroniki jak i tych bardziej klasycznych brzmień przełomu lat 70' i 80'. Nikt nie poczuje niedosytu i niedowartościowania swoich audiofilskich oczekiwań. Gorąco polecam !

czwartek, 12 marca 2009
"press" nr 1: Avalanche - "Połączenie" (2006)

Zespół Avalanche już od 2002 roku działa na polskim rynku muzycznym. Tworzą go bracia Michał (bas) i Tomek (gitara) Gołuchowscy pochądzący z Bierunia, Bartek Słatyński (wokal) z Brzeszcz oraz Paweł Cembala (perkusja) z Oświęcimia. Swój pierwszy duży koncert zagrali w ramach finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w roku 2003, by następnie wydać małą demówkę zawierającą 5 utworów. Kolejnym etapem w karierze zespołu były serie koncertów na rockowych festiwalach w całej Polsce, na jednym z nich (w Lidzbarku Warmińskim) Avalanche zdobyli Grand Prix oraz wyróżnienie dla solisty-wokalisty. Ważnym epizodem był udział w Opolskim festiwalu i zdobycie tam trzeciej nagrody. Następnie w roku 2006 na rynku pojawiła się długo wyczekiwana, pierwsza płyta zespołu - "Połączenie".

Avalanche -

Czym wypełniony jest debiut kapeli ? A no, dostajemy porcję czystej, wręcz nieskazitelnej produkcji, lekkich gitarowych piosenek, które śmiało możemy usłyszeć w radiu. Czy jest to zarzut w stronę zespołu ? Za pewne jest to kwestia sporna, tym bardziej, że na naszym polskim rynku muzycznym w ogóle ciężko jest zaistnieć, a jeśli zespół nie boi się pisać ładnych piosenek i nie mają problemu z tym, że są "radiowe" to chwała im za to ! Inspiracje, które rzucają się na "pierwszy rzut ucha" to przede wszystkim brit-pop z okolic Oasis, ale także "kumpelski" zespół Myslovitz. Tutaj warto nadmienić, że Bartek współtworzył arcyciekawy projekt Penny Lane wraz z muzykami Negatywu (Mietal oraz Afgan) oraz Wojtkeim Kuderskim ze wspomnianego Myslovitz. Na płycie mnóstwo jest ładnych melodii i zgrabnych kompozycji, a kawałki takie jak otwierający płytę "Połączenie" czy "Sam" szybko wpadają w ucho. Chyba największym zaskoczeniem jest utwór "Dla Julianki" najbardziej alternatywny z dużą ilośćą sprzężeń i wokalem, który bardzo wyróżnia się na tle pozostałych kompozycji. Płyta jest "przestrzenna", brzmi dojrzale, a warto wspomnieć, że zespół nie do końca był zdany tylko na siebie. Jeśli wiecie o co chodzi... Producencka ręka mocno trzymała się pulsu kapeli. Ładnie eksponowany bas i zgrabne partie gitar zgrywają się świetnie. Kawałek po kawałku i płyta się kończy pozostawiając pozytywne wrażenie. Muzyka to lekka i przyjemna, która doskonale nadaje się na poranną jazdę do pracy czy szkoły.

Miałem okazję poznać członków zespołu osobiście, a nawet uczestniczyć w próbie. Podczas przyjacielskich rozmów, dowiedziałem się, że zespół planuje wydać drugą płytę, a kawałki, które zaprezentowali zapowiadają się świetnie. Jeszcze bardziej rockowo, wręcz zadziornie. Nie bez przyczyny gdy wymieniałem się muzycznymi zainteresowaniami z Bartkiem padły nazwy zespołów takich jak Foo Fighters, Queens of The Stone Age czy kapel ze sceny Seattle (Stone Temple Pilots, Soundgarden, Pearl Jam). Po prostu gitarowe granie, które daje czadu. Z niecierpliwością czekam na drugie regularne wydawnicwto zespołu.

14:00, tomaszwolf1 , press
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 marca 2009
Mały jubileusz !

Właśnie "stuknęła" magiczna liczba 1000 ! Wszystkim czytelnikom dziękuję i obiecuję, że za każdy kolejny tysiąc zrobię to również !!

Słuchajcie i czytajcie. Z gorącymi pozdrowieniami Tomasz :)

13:20, tomaszwolf1
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 lutego 2009
"Nutka" nr 18: The Prodigy - "Invaders Must Die" (23.02.2009)

Czas płynie, świat się zmienia, ludzie się starzeją, a The Prodigy po pięciu latach wraca z regularnym wydawnictwem. Są tacy którzy krzyczą "hurra!", inni wzruszają pobłażliwie ramionami. Jedno jest pewnie, nie można traktować tej płyty obojętnie.

The Prodigy - Invaders Must Die

Co otrzymujemy A.D. 2009 ? Przede wszystkim doskonałą promocję i "nagłośnienie" wielkiego powrotu grupy. Medialnie płyta jest zapewne strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Natomiast muzycznie płyta wypada dość blado, szczególnie na tle wszystkich zapowiedzi i obietnic. A to, że zespół wraca do rave'owych korzeni, a, że longplay będzie równie dobry co "Music For The Jilted Generation" czy "The Fat Of The Land". Fakt, sporo jest tu oldschool'owego brzmienia, dźwięków do których zespół przyzwyczaił swoich słuchaczy. Nie oznacza to wcale, że usłyszymy hity pokroju "Out Of Space", czy "Everybody's In The Place". The Prodigy ujawniło smutną prawdę, że pomysł na tworzenie muzyki zniknął gdzieś przed poprzedniczką "Always Outnumbered, Never Outgunned". Produkcyjnie muzyka brzmi świetnie, jest ciężko, sporo mocnych bitów i hardcore'owych gitar. Kawałki "Warriors Dance" czy "Omen", zapewne staną się parkietowymi pewniakami, które ruszą każdą imprezę. Zespołowi przybędzie fanów-dzieciaków, którzy będą chcieli tatuować swoje ciało i nosić kolczyki wszędzie gdzie tylko się da. Niestety muzyki ta płyta nie zmieni...

Płyta na którą czekały tysiące fanów okazuje się dopieszczonym, nie do końca zdrowym dzieckiem. Warto posłuchać i cieszyć się oczekiwaniem, że może zespół zawita do Polski i pokaże swą koncertową moc.

poniedziałek, 23 lutego 2009
"Nutka" nr 17: Queens Of The Stone Age - "Songs For The Deaf" (2002)

Macie ochotę na prostego (ale nie prostackiego! ) rocka ? Lubicie ciężki i duszny klimat ? Ta płyta to dla Was pozycja obowiązkowa !

queens

Nagrana w 2002 roku, w najlepszym dla zespołu okresie, kiedy to członkami zespołu byli jeszcze (nieodżałowany) basista Nick Oliveri oraz Mark Lanegan, w kręgach postać znana i ceniona. Nadmienić należy, że za perkusją zasiadł sam Dave Grohl ! Jego uderzenie sprawia, że płyta dudni w głowie bardzo długo. "Pieśni dla głuchych" to muzyka, która brzmienia czerpie z tradycji bluesowych, ale i kapel grających naprawdę ciężko, np. Kyuss, który był podwaliną pod powstanie zespołu. Słychać, że muzycy swe kompozycje tworzyli "pod wpływem", podczas tzw. Dessert Sessions. Płytę wypełnia 14 wgniatających kawałków, których struktura opiera się głównie na zapętlonym gitarowym riffie i bardzo gęstej sekcji rytmicznej. Świetnym przykładem jest otwierający "You Think I Ain't Worth A Dollar But I Feel Like A Millionaire" oraz demonicznie zaśpiewany przez Lanegana "Song For The Dead". Z resztą połączenie wokaliz Marka i głównej postaci zespołu Josha Homme'a wychodzi wspaniale. Jednymi z większych hitów płyty, są singlowe "No One Knows" i "Go With The Flow" z libidycznym, rysunkowym klipem. Warto obejrzeć. Zespół umiejętnie bierze z muzyki rockowej to co najlepsze, a płyta wypełniona jest bardzo zróżnicowanym materiałem, który jednak nie sprawia wrażenia braku stylistycznej spójności. Wręcz przeciwnie ! Można traktować tę płytę jako koncept album. Elementami, które przeplatają się przez piosenki to fragmenty radiowych audycji, dźwięki niewadomego pochodzenia, szumy, trzaski, a nawet odgłos odpalanego samochodu.

Według mnie "Songs For The Deaf" to szczytowe osiągnięcie tego ciekawego projektu, najwyższy poziom kompozytorski i wykonawczy czyni tę płytę naprawdę solidną dawką rockowej "łupanki", która jednak daje do myślenia i do wsłuchania się. Jeśli już zawładnie waszą głową to gwarantuję długie godziny odkrywania tej muzyki na nowo.

 

sobota, 14 lutego 2009
"Nutka" nr 16: John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)

Po małej przerwie wracam z kolejną porcją muzyki.

Pozostając przy jazzie i wielkich płytach z dużą dawką synkopowania, nie trudno jest wybrać pozycję równie ważną jak "Kind Of Blue" Davisa. Bez wątpienia albumem, który na dobre umieścił saksofonistę Johna Coltrane'a w kręgu najważniejszych muzyków jazzowych, jest "A Love Supreme" nagrane dziewiątego grudnia 1964 roku, lecz wydane w roku następny.

John Coltrane-

Można by rozprawiać na temat stylu w jakim płyta jest zagrana, można by również zastanawiać się nad koncepcyjnością dzieła. W przypadku "A Love Supreme" myślenie przychodzi długo po tym jak oswoimy się z tymi dźwiękami, kiedy poznamy pełnię wartości płynących z głośników, kiedy Coltrane wygrywa swoje "ciężkie" solówki. Album został podzielony na cztery zwarte części, kolejno: "Acknowledgement", "Resolution", "Pursuance", "Psalm". Otwierający ten muzyczny spektakl utwór "Acknowledgement", przyprawia o dreszcz już na samym początku, kiedy to na kontrabasie zaczyna grać Jimmy Garrison. Tworzy on jedną z najbardziej znanych basowych przygrywek, a cały utwór krąży wokół tej melodii. Improwizacje to już właściwie kanon, przykład jak powinno się grać w czteroosobowym składzie. Kawałek kończy się zaśpiewem "A Love Supreme", który melodie czerpie właśnie z linii kontrabasu. Cześć druga "Resolution", znów rozpoczyna się od krótkiego basowego wstępu, by wybuchnąć całą gamą instrumentów i zapętlić fantastyczny temat. Utwór zbudowany jest właściwie na bazie swingu, lecz jego złożoność nie pozwala jednoznacznie zakwalifikować go do tego stylu. Najpięknejszy popis daje tu pianista McCoy Tyner. Grając swoją solówkę, doskonale operuje nietylko prawą, ale także lewą ręką, warto zwrócić na to uwagę. Kolejna część albumu, utwór "Pursuance" to z kolei popis perkusisty Elvina Jonesa. Jego solo to ponad minuta szaleństwa i czystego żywiołu. Całość zwarta jest oczywiście w piękny temat, który prowadzi saksofon i kolejno "wypuszcza" resztę muzyków do swych popisów. Szybkie tempo i mocny puls nie pozwalają spokojnie siedzieć słuchając tej kompozycji. Ostatnia cześć, kawałek "Psalm", doskonale wieńczy ten świetny album. Zagrany jest w specyficznym "wolnym" i klimatycznym stylu. Brak tutaj tętna, jest natomiast pełna uczuć, ekspresyjna odezwa do Boga.

Właśnie temat Boga na tym longplayu jest bardzo ważny. Coltrane nagrał tę płytę, kiedy udało mu się zerwać z narkotykowym nałogiem i przeżyć duchowe nawrócenie. Po ciężkim okresie w życiu nieustannie ćwiczył swoją grę, pracował nad sobą, co wprawiło w zdziwienie nawet samego Milesa Davisa. Jego postęp słychać na "A Love Supreme" doskonale, ta płyta jest świadectwem tego, że można osiągnąć w życiu coś więcej niż tylko sławę i pieniądze. Dar życia i miłości.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin