Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
niedziela, 20 lutego 2011
"Nutka" nr 47: Radiohead - "The King Of Limbs" (18.02.2011)

Jest taki jeden zespół, który uwielbia zaskakiwać nie tylko swoich fanów, ale i cały rynek muzyczny. Zespół, który na swoim koncie ma tak odmienne płyty w swej dyskografii, że mógłby obdarować swoim repertuarem dzieciaków z gitarami grających w garażu z jednej strony, z drugiej zaś wysublimowanego producenta muzyki elektronicznej wykonującego swoje dj'skie sety gdzieś w podziemiach berlińskich klubów. Ależ ci muzycy lubią bawić się z słuchaczem! Radiohead wraz ze swoim nowym wydawnictwem, po raz kolejny udowodnili, że są wyjątkowi.

the king of limbs

Ta wyjątkowość to nie tylko wspaniałe płyty, żeby wspomnieć choćby "Ok Computer" czy "Kid-A", to również podejście do swojej pracy i zaangażowanie w muzykę. Oddanie się w całości poszukiwaniom i szukaniu wciąż czegoś nowego. Słychać to doskonale na przykładzie "The King Of Limbs", ten zespół nie zatrzymał się po wspomnianych wyżej arcydziełach w swoim rozwoju, wręcz przeciwnie. Wciąż rozgląda się za nowymi trendami, wytyczając jednocześnie ścieżki muzycznego eklektyzmu. Po średniej "In Rainbows" radiogłowi proponują nam dziełko do którego będziemy podchodzić za każdym razem z co raz to większą dozą sympatii i podziwu. Trochę nas do tego przyzwyczaili, trzeba się otworzyć i dać się unieść tej muzyce. Otwierający kawałek "Bloom" może ten lot trochę zaburzyć, kiedy pojawia się dziwny synkopowany bit, to wpadamy nawet w lekkie turbulencje, natomiast hipnotyczna partia orkiestrowo-dęta wyrównouje pułap i pozwala nam delikatnie szybować w głąb dźwięków. Tak po krótce kształtuje się płyta, właściwie ten nr 1 daje nam świadectwo tego co możemy usłyszeć. W tym miejscu należy wspomnieć o kawałku "Lotus Flower", chyba najbardziej przystępnym i "dostępnym", do którego został zrealizowany zaskakujący klip. Tak oto mamy jedyną w swoim rodzaju okazję podglądnąć pląsającego Thoma Yorke'a. Resztę utworów musicie sprawdzić sami, osobiście przekonać się, że ten zespół jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Wiemy, że Radiohead postępują na przekór rynkowi muzycznemu np. wydając swoje płyty jednynie za pośrednicwtem internetu ("In Rainbows"), w tym przypadku o wydaniu swojej nowej płyty poinformowali 5 dni przed premierą. Kto odważyłby się na taki zabieg marketingowy i artystyczny ? Kto może pozwolić sobie na igranie ze światkiem muzycznym jak nie oni ? Radiohead są jedyni, niepowtarzalni. Przekonajcie się sami sięgając po tę piękną płytę.

niedziela, 23 maja 2010
"Nutka" nr 41: Deftones - "Diamond Eyes" (04.05.2010)

Czy ten zespół może nas jeszcze czymkolwiek zaskoczyć? Dając podwaliny pod nowe trendy w ciężkim metalowym rzemiośle, na stałe zapisał się w historii muzyki, a płyty takie jak "Around The Fur" czy "White Pony" już zawsze będą się kojarzyły z rockiem XXI wieku. Płyta "Diamond Eyes" to już szóste wydawnictwo kalifornijczyków z Sacramento, niestety naznaczona piętnem tragedii.

deftones

Tego albumu miało nie być, nie ten tytuł, nie te kawałki. Kiedy zespół ukończył nagrywanie planowanej na 2009 rok płyty "Eros", nikt nie spodziewał się, że longplay ten nie ujrzy światła dziennego. Pech chciał, że jeden z filarów zespołu - basista Chi Cheng, uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, konsekwencją którego jest śpiączka, trwająca prawdopodobnie do dziś. Muzycy jednak nie poddali się, podjęli współpracę z Sergio Vegą (Quicksand) i zaczęli pracować nad zupełnie nowymi kawałkami. Generalnie muzyka nie zmieniła swego kształtu i Deftones konsekwentnie drepcze utartą przez siebie ścieżką. Na płycie jest wszystko to, do czego Chino Moreno z ekipą zdążyli nas przyzwyczaić, ich muzyczna ewolucja zatrzymała się gdzieś pomiędzy wspomnianą już płytą "White Pony", a "Deftones". Na "Diamond Eyes" brak "tego czegoś", jakieś iskierki, która pozwoliłaby słuchać z zachwytem kolejnych numerów. A tak niestety spośród jedenastu zgrabnych piosenek, w pamięć zapadają tylko dwie: singlowy "Rocket Skates" (typowy mocny riff i "śpiew" Chino) oraz lekki, balladowy "Sextape" (przypominający trochę utwór "Digital Bath").

Deftones A.D. 2010 pozostaje uznaną marką, lecz płytą "Diamond Eyes" nie posuwa się ani na krok. Muzycy stanęli w miejscu, a może nawet cofnęli się, jakby chcąc wrócić do czasu sprzed wypadku Chenga.

wtorek, 18 maja 2010
"Nutka" nr 40: The Dead Weather - "Sea Of Cowards" (11.05.2010)

Najpłodniejszy dziś chyba rockman na świecie Jack White, znany przede wszystkim z macierzystej formacji The White Stripes, wraz z fantastycznym projektem The Dead Wheater (oprócz White'a: Alison Mosshart, Dean Fertita i Jack Lawrence) wypuścił w świat drugą płytę zespołu "Sea Of Cowards".

the dead weather

Długo na drugie wydawnictwo zespołu czekać nie trzeba było, od debiutu dzieli je tylko niespełna 10 miesięcy. Biorąc pod uwagę trasę koncertową, oraz fakt, że jakoś ten krążek trzeba było skomponować i nagrać, rodzi się pytanie, czy nie jest to płyta zrobiona "na kolanie"? Nic podobnego. Już od pierwszych dźwięków nr 1 "Blue Blood Blues" wiemy, że mamy do czynienia ze zjawiskiem w świecie muzyki. Ciężka perkusja (za którą z resztą zasiada sam White), "buczący" bas i klasyczne w brzmieniu gitarowe riffy, plus do tego świetnie kontrastujące z całością klawisze, tworzą niesamowitą atmosferę jam-session zespołów z połowy lat 60'. Na ucho rzuca się także stosunkowo mała ilość tekstów i śpiewu. Właściwie tego drugie jest tutaj jak na lekarstwo, raczej są to wykrzyczane pojedyncze linijki słów, aniżeli prawdziwie piosenkowe teksty. Niewątpliwie świadczy to o tym, że muzycy skupili się przede wszystkim na swych instrumentach i starali się z nich wycisnąć jak najwięcej. Udało im się to w 100 procentach, pozostawiając pozytywny niedosyt, chciałoby się więcej i więcej. Fakt, brakuje na tej płycie "hitów" takich jak np. "Treat Me Like Your Mother" z debiutu "Horehound", tutaj natomiast płyta jest całością, kawałki zgrabnie łączą się motywami, tworząc namiastkę koncept albumu.

Jeśli tak dalej pójdzie, to za rok otrzymamy trzecie wydawnictwo The Dead Weather, a coś mówi mi, że tak może się stać. Muzycy chyba chcą dawkować szczęście swoim słuchaczom, prezentując im utwory które trwają mniej niż 4 minuty. Ahh, niedosyt jest ogromny, ale zawsze można puścić tę genialną płytę jeszcze raz. Co do tytułu, ten zespół jest dziś najodważniejszym i jednym z oryginalniejszych. Bez zastanowienia 10/10.

piątek, 02 kwietnia 2010
"Nutka" nr 39: Bonobo - "Black Sands" (29.03.2010)

Szczerze przyznam, że nigdy nie darzyłem Simona Greena szczególną estymą. Z ciekawością jednak sięgnąłem po czwartą regularną płytę mistrza downtempo. I biję się w pierś pokornie, bo jest to płyta pod każdym względem rewelacyjna. Proszę państwa "Black Sands" !

bonobo - black sands

Zawsze uważałem muzykę Greena za zbyt ckliwą i sentymentalną. Taką do głaskania po głowach. Poprzednia płyta "Days To Come" jakkolwiek świetna i uznana, rzadko gościła w moim odtwarzaczu. Niemniej jednak pozycja jaką Bonobo wyrobił sobie na światowej scenie muzyki nowoczesnej, skłania do śledzenia poczynań i "zawieszenia" się nad muzyką choć przez chwilę. Nie spodziewałem się, że płyta "Black Sands" będzie mi towarzyszyć aż tak długo i intensywnie, a przypominam, że premierę miała jeszcze w tym tygodniu. Co więc tak mnie w tym dziele zachwyciło ? Przede wszystkim klimat i przepiękne kompozycje. Green fantastycznie operuje nowoczesną technologią, a jednocześnie do swych utworów wykorzystuje tradycyjne instrumenty takie jak np. skrzypce ("Kiara"), to wielki plus tej płyty. Słychać, że artysta nie próżnował przez cztery lata od ostatniej płyty i śledził trendy panujące w muzyce. Znajdziemy tu lekko podbarwione jazzem "Kong", czy nowocześnie brzmiące "Eyesdown" zdradzające inspiracje two-stepem (a może nawet dubstepem). Warto nadmienić także, że Bonobo realizując "Black Sands" szukał wpływu na całym świecie: instrumenty dęte nagrywano w Barcelonie, perkusję w San Franciso, linie basowe z kolei w Hackney. Śmiało można stwierdzić, że jest to muzyka globalna. Płyta jest całością, jednorodnym dziełem, które trzeba przesłuchiwać od początku do końca, bez omijania żadnej kompozycji.

Bonobo już za sprawą poprzedniczki stał się ikoną i wyznacznikiem jakości wytwórni Ninja Tune. "Black Sands" to jak dotąd kropka na przysłowiowym "i" jego muzycznej działalności. Płyta doskonała i dojrzała, eklektyczna, ale spójna. Po prostu urzekająca !

piątek, 26 marca 2010
"Nutka" nr 37: The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble - "Miles Away" (23.02.2010)

Otis Jackson Jr. to człowiek muzyka. Znany przede wszystkim pod pseudonimem Madlib, stał się bodaj najpłodniejszym artystą i producentem czarnej muzyki. Od ciężkiego i zadymionego hip-hopu, po wypieszczone jazzowe kompozycje. Tę płytę zdecydowanie można przypisać tej drugiej etykiecie.

The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble

Lekko nie jest. Ta płyta to kawałek ciężkiego jazzowego rzemiosła. Gęste brzmienia, szeleszcząca sekcja rytmiczna i klawiszowe improwizacje z pogranicza free jazzu, wymagają od słuchającego dużego skupienia. Do tego wszystkiego "kosmiczna" i "upalona" atmosfera dają nam bilet w jedną stronę do "Madlibowskiej" krainy. Powrotu nie będzie, ta płyta wciąga jak bagno. Im dalej się w nią brnie, tym głębiej nas pochłania. Co ciekawe jest to tak specyficzna dla Jacksona Jr. produkcja, iż śmiało można stwierdzić, że charakteryzuje jego styl. Ten człowiek sam sobie jest inspiracją, nie potrzebuje oglądać się w przeszłość muzyki. On tworzy przyszłość dźwięków.

Ciekawe czy The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble stanie się kolejnym jednopłytowym projektem, a może Madlib podąży tą jazzową ścieżką i uraczy nas kolejnym wybitnym dziełem? Pozostaje nam czekać i mieć nadzieję, że właśnie tak się stanie, przy okazji trzymając kciuki, za wizytę w naszym kraju. Może kiedyś marzenia fanów się spełnią...

poniedziałek, 28 grudnia 2009
"Nutka" nr 34: Atom TM - "Liedgut" (2009)

Uwe Schmidt, człowiek instytucja w elektronicznym świecie, znany pod pseudonimami Atom Heart, Senor Coconut, Geeez 'N' Gosh czy Lisa Carbon, w tym roku wydał arcyciekawą, poszukującą płytę "Liedgut" w ramach projketu Atom TM.

Atom TM - Liedgut

Zawartość płyty może zaskoczyć najwytrwalszych słuchaczy, którzy z muzyką eksperymentalną są dobrze zaznajomieni. Utwory na niej zawarte to głównie dźwiekowe kolaże i fantastycznie dobrane efekty, które na początku mogą stwarzać wrażenie chaosu. Androidalnie wypowiadane słowa na początku suity "Wellen Und Felder" mogą przywodzić na myśl dokonania Kraftwerk, słychać niemiecką precyzję i matematyczną wręcz dokładność. Na uwagę zasługuje przede wszystkim kompozycja "Funksignal", tutaj nawet specyficzny i znany przez każdego dźwięk wyszukiwania sieci przez telefon komórkowy, który leży w pobliży sprzętu grającego, brzmi fascynująco i tworzy bazę rytmiczną wokół której skupia się reszta szumów, trzasków i hałasów. Większoć z kawałków, a jest ich dwadzieścia, nie trwa dłużej niż trzy minuty, dzięki temu nie nudzimy się słuchają tych naprawdę trudnych w odbiorze produkcji.

Dla początkującego słuchacza płyta ta jest niedoprzyjęcia ze względu na swoją pozorną przypadkowość. Jest ona natomiast świadectwem rozwoju muzyki elektronicznej, dowodem na to, że w tym gatunku wszystko jest możliwe. Świetna płyta, która została wpisana na listę 50 albumów roku 2009 przez brytyjski magazyn The Wire. Jakość sama w sobie !

czwartek, 17 grudnia 2009
"Nutka" nr 33: Them Crooked Vultures - "Them Crooked Vultures" (17.11.2009)

Tej płyty nie mogło tutaj zabraknąć. Wielki rockowy projekt w skład którgo wchodzą żyjące (śmiało można użyć takiego określenia) legendy rocka: Josh Homme (Kyuss, Queens Of The Stone Age, Eagles Of Death Metal), Dave Grohl (Foo Fighters, Nirvana) oraz John Paul Jones (Led Zeppelin), 17 listopada tego kończącego się roku, wypuścił swoje pierwsze dzieło zatytułowane po prostu "Them Crooked Vultures".

Them Crooked Vultures

Trudno obiektywnie podejść do płyty muzyków, których dokonania zna się tak dobrze, a od których możnaby oczekiwać oryginalności, szczególnie jeśli mowa o współpracy owych Panów. Jednak "wielkość" postaci nie przeszkadza w czystym, zdystansowanym podejściu do tematu. Na początek trzeba sobie postawić pytanie, czy tak mogłaby brzmieć kolejna płyta Queensów ? Czy Grohl, bębniąc będzie miał jeszcez ochotę wystąpić w roli frontmana Foo Fighters, no i czy J.P. Jones naprawdę był tu potrzebny ? Odpowiedzi pojawiają się samy gdy tylko włączymy płytę i po prostu odpłyniemy w słodką krainę hard rocka. Materiał na płycie to generalnie mocne brzmienia sięgające do korzeni gitarowej muzyki, a współczesna produkcja nadaje specyficzny ton całości. Po pierwszym przesłuchaniu ciężko pozbyć się wrażenia, że czegoś tu brakuje, jakieś "iskierki" która zapaliłaby w nas ogień i nie pozwoliła odejść od odbiorników. Oczywiście wrażenie to ulatnia się wraz z kolejnymi minutami spędzonymi przy płycie. Utwór który "wpada" najłatwiej to "Scumbag Blues", napędzany nerwowym bitem, łamanym riffem gitary i falsetowymi zaśpiewami Homme'a. Skoczne tempo nie pozwala na bezczynność stopom słuchającego. Kawałek "Bandoliers" przypomina trochę te z płyty "Lullabies To Paralyse" Queens of the Stone Age, ale utrzymuje oryginalność brzmieniową projektu. Na uwagę zasługuje również piosenka "Gunman", mnie osobiście kojarzy się z dokonaniami zespołu CKY, ale tylko w częście "zwrotkowej", reszta pozostaje bardzo "sępia". Całość trwa trochę ponad godzinę, ale dla otwartych muzycznych umysłów będzie wielką przyjemnością wsłuchiwanie się w każdą sekundę !

Ta płyta może stać się jedną z najważniejszych rockowych płyt tego roku i zapewnie pojawi się w wielu rankingach. Tacy muzycy z taką płytą nie mogliby przejść niezauważeni przez muzyczną aleję.

 

wtorek, 29 września 2009
"Nutka" nr 31: Electric Wire Hustle - "Electric Wire Hustle" (09.09.2009)

Od jakiegoś czasu Nowa Zelandia nie kojarzy się już tylko z ekranizacją "Władcy Pierścieni" i tym, że jest ona jeszcze dalej niż Australia. Jej stolica Wellington, dzięki zespołowi Fat Freddy's Drop stała się nowym centrum ciekawych klubowych brzmień czerpiących garściami z europejskiej i amerykańskiej szkoły produkowania muzyki. A świeżutkie trio Electric Wire Hustle tę tezę potwierdza.

Electric Wire Hustle

Debiutancki album zespołu pojawił się w magicznym dla wielu osób dniu 09.09.09 i faktycznie od pierwszego utworu czaruje. Członkowie zgarbnie mieszają świeże elektroniczne brzmienia z soulem, hip-hopem i broken beatem. Kawałki poddane są dosć surowej i chłodnej produkcji, klimat tworzą lekko jazzująca sekcja rytmiczna i świetnie dopasowane sample, a całość wypada na prawdę zaskakująco. Do tej nowoczesności muzycy dorzucili jednak trochę ciepła używając analogowych syntezatorów i piana Fendera. Singlowy utwór "Perception" to właściwie kwintesencja stylu chłopaków z dalekiej krainy. Na zachwyt zasługuje jednak świetnie pocięty kawałek "They Don't Want", najbardziej taneczny i melodyjny z całego zestawu.

Teraz możecie śmiało powiedzieć, że Nowa Zelandia to centrum future-soulu, a tamtejsza scena kwitnie i rozrasta się w szybkim tempie. Naprawdę warto sięgnąć po tę płytę i zaznajomić się z trendami panującymi na drugim krańcu świata.

czwartek, 24 września 2009
"Nutka" nr 30: Platinum Pied Pipers - "Abundance" (2009)

Producencki duet Platinum Pied Pipers z Detroit, stał się jednym z najważniejszych na scenie niezależnego rapu, hip-hopu, czy też tzw. future hip-soulu. Tworzą go Waajeed (Robert O'Bryant) oraz multiinstrumentalista Saadiq (Darnell Bolden). W tym roku ukazała się ich druga płyta "Abundance".

Platinum Pied Pipers

Muzyka na tym krążku to podróż przez wiele gatunków czarnej muzyki. Od hip-hopu przez funk i soul aż po elementy klubowej sceny Detroit (zamykający utwór "Goodbye/Abundance"). Krążek otwierają z kolei pełne rockowego pazura kawałki "Angel" oraz "Smoking Mirrors". Największe wrażenie jednak robi soulowa minisuita w środku płyty: "Sanctuary", "Aint No Ifs Or Maybes", "Pigeon Holes", "Lovers And Haters" i fantastyczny lekko latynoski "The Ghosts Of Aveiro". Oprócz świetnie zagranej muzyki otrzymujemy także piękne wokale w wykonaniu wielu gości m.in. Coultrain, Karma Stewart czy Jamila Raagan.

Dla fanów czarnych poszukujących i oryginalnych brzmień, ten album to jedna z pozycji, których nie należy omijać. Wręcz przeciwnie, to rzecz obowiązkowa !

środa, 19 sierpnia 2009
"Nutka" nr 29: Squarepusher - "Solo Electric Bass 1" (17.08.2009)

Po dość nieprzychylnie przyjętej przez krytykę, poprzedniej płycie "Just A Souvenir" z poprzedniego roku, Jenkinson proponuje nam rzecz odmienną od wcześniejszych dokonań, choć element, które spaja cały album, fanom muzyka jest doskonale znany.

Squarepusher - Solo Electric Bass 1

Oto Squarepusher zarejestrował płytę na której daje popis swojej gry na gitarze basowej. Nie doświadczymy tu połamanych rytmów, z których nomen omen Jenkison słynie, lecz dawkę ponad 30 minutowej dziwnej podróży przez neoklasyczne, jazzowe brzmienie basówki muzyka. 12 kawałków tworzy spójną całość i przenika się wzajemnie, tworząc wrażenie jednej wielkiej gitarowej improwizacji. Cały materiał został nagrany podczas występu muzyka w Cité de la Musique w Paryżu we wrześniu 2007 roku.

Biorąc pod uwagę pozycję Squarepushera w muzycznym światku, można śmiało stwierdzić, że nie traci on nic, a może jeszcze wiele zyskać dzięki takim wydawniczym posunięciom. Tak więc ta płyta to raczej ciekawostka i mały eksperyment ze strony Jenkinsona, który coraz częściej staje się jazzowym muzykiem niż ekscentrycznym producentem.

 
1 , 2 , 3

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin