Kategorie: Wszystkie | błyszczące nuty | pożółkłe nuty | press
RSS
środa, 03 października 2012
"Nutka" nr 49: Ufomammut - "Idolum" (2008)

Są takie chwile w życiu każdego człowieka kiedy zaczyna zdawać sobie sprawę, że czegoś mu brakuje. Kilka dni temu i mnie dopadło dziwne "swędzenie" z tyłu głowy, które szeptem podpowiadało "napisz, napisz, napisz...". No i w końcu po ponad roku, zebrałem siły, zasiadłem przed klawiaturą swojego komputera i postanowiłem znów dzielić się z Wami moimi muzycznymi fascynacjami. Potraktujmy to wspólnie jako nowy początek tego zapomnianego bloga.

Od dłuższego czasu, a w zasadzie od momentu w którym przestałem regularnie wrzucać nowe wpisy, mój muzyczny gust mocno ewoluował w stronę co raz cięższych i mrocznych brzmień z pod znaku doom, stoner, czy bardziej kosmicznego (nazwijmy go z przymrużeniem oka) 'space metalu'. Kapelą, która z powodzeniem od kilku już dobrych lat łączy te gatunki, niewątpliwie jest włoski Ufomammut, a płyta "Idolum" gwarantuje odlot w stratosferę.

Ufomammut - Idolum

Pierwsze dźwięki otwierającego tę płytę utworu "Stigma", śmiało można byłoby wziąć za świeżą produkcję mistrzów trip-hopu Massive Attack, monotonny i ciężki riff, który po kilku taktach łączy się z jednostajnym rytmem perkusji, od samego początku wprowadza w trans i sugeruje, że ten odlot to nie będzie nirwana. Na tych dźwiękach trzeba się skupić. Przede wszystkim na uwagę zasługują elektroniczne wstawki i sample, tworzące kosmiczną aurę całości. Kiedy dołożymy do tego wszystkiego wokal brzmiący jakby z otchłani najciemniejszych zakątków muzyki, otrzymamy wspaniały "otwieracz" fenomenalnej płyty. Później jest już tylko ciekawiej, "Stardog" (nr 2) brzmi niczym klasyczny stoner metalowy kawałek, śmiało mógłby znaleźć się na którejś z płyt brytyjczyków z Electric Wizard. Podobnie rzecz ma się z nr 3 "Hellectric", początkowo delikatne nuty gitary i szum dają chwilę odetchnąć, by po chwili znowu rzucić na kolana potężnym uderzeniem i ścianą dźwięku. Najspokojniejszy z całego zestawu kawałek "Ammonia" z pięknym damskim wokalem, śmiało może być odpowiedzią na genialny popis w pamiętnym "The Great Gig In The Sky" Floydów. Zaiste piękny utwór. Pozycja nr 5 "Nero" podobnie jak "Stigma" bazuje na monotonnym, głównym riffie, wokół którego stale rośnie napięcie, by gdzieś w połowie wybuchnąć i powolutku wraz z ciekawie przesterowanym basem, dociągnąć nas do genialnego utworu "Destroyer", najkrótszy w całym zestawie, a na przekór dający właściwie całościowy obraz płyty. Krążek zamyka ponad dwudziestominutowa kompozycja "Void/Elephantom". Na początek krótkie gitarowe wprowadzenie, następnie jakby plemienne wokalizy na tle miękkiego i "podwodnego" brzmienia. Później oczywiście cała gama gitarowych pejzaży, przez które właściwie przechodziliśmy w każdym z kawałków na płycie. Zaskoczeniem w tej kompozycji jest właściwie ambientowe zakończenie, które z powodzeniem mogłoby znaleźć się na jednej z płyt mistrza gatunku Briana Eno.

Wszystkie te skojarzenia, oraz odniesienia do klasyków rocka, czy elektroniki, pojawiły się nie bez powodu. Ufomammut czerpie garściami z dokonań tak różnych twórców, tworząc jedyną w swoim rodzaju muzykę.

środa, 27 kwietnia 2011
"Nutka" nr 48: Boris - "Pink" (2005)

Czy jest na sali osoba znająca japoński ? Nie ? Świetnie, nie będziecie sobie zaprzątać głowy tekstami, skupicie się tylko na muzyce - tak mógłby brzmieć wstęp do wykładu o zespole Boris z Kraju Kwitnącej Wiśni. Czego możemy się spodziewać po azjatach z gitarami ? Bądźcie pewni, że niczego co ma związek z Hello Kitty, lub innymi j-popami. Przed Wami płyta, która zniszczy głośniki i poszarpie subwoofer.

boris pink

W tej płycie urzeka przede wszystkim brzmienie tak brudne i chropowate, dość charakterystyczne dla kultowej kapeli. Z ogromnymi wpływami estetyki shoegaze, oraz psychodelii, mieszając alternatywny rock z doom/sludge metalem, japończycy stworzyli potwora na miarę Godzilli. Nie dajcie się zwieść otwierającemu album kawałkowi "Farewall" (nota bene główny muzyczny motyw z filmu "The Limits Of Control" Jima Jarmuscha), który klimatem może przypominać utwory z legendarnego albumu "Loveless" My Bloody Valentine. To tylko delikatny wstęp, choć i tutaj produkcja jest tak surowa, że aż bolą uszy. Dalej jest już tylko bezkompromisowa jazda na przestrojony bas, surowe solówki i walącą perkusję. Następne trzy w kolejności utwory "Pink", "Woman On The Screen" oraz "Nothing Special" dowodzą tylko tezie, że w kategorii 'hałas' Boris nie ma sobie równych. Wraz z kawałkiem "Blackout" przychodzi wytchnienie, ale bardzo niepokojące. Ciężki basowy riff to wypadkowa muzyki pokroju Sunn 0))), z resztą zespoły współpracowały ze sobą dość często. Przy instrumentalnym i troszkę zbyt krótkim "Electric", daje się potupać nogą, pojawia się nawet melodia, którą można zapamiętać, a to sztuka mocno utrudniona przy takiej dawce dźwiękowego zgiełku. Uwierzcie mi. Jednym z ciekawszych pozycji na albumie, to nr 8 "Afterburner", w którym nieobce są wpływy Black Sabbath (a może nawet Kyuss ?). "Just Abandonen My-Self", zamykający całość utwór, trwający przeszło 18 minut, to znów wręcz punkowa jazda bez trzymanki, natomiast gdzieś w połowie zaczyna się zabawa ze sprzężeniami i efektami, które po prostu robią z naszego mózgu różową papkę.

"Pink" to album dla odważnych słuchaczy, którzy z niejednego pieca chleb zjadali. Dla tych których nie odstrasza hałas i pozorny brak ładu. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu i piękne współgra. Szkoda tylko, że nie znam japońskiego...

poniedziałek, 24 stycznia 2011
"Nutka" nr 46: Electric Wizard - "Dopethrone" (2000)

Jeszcze tak długiej przerwy w pisaniu nie miałem. Poczucie obowiązku i sumienie skłoniły mnie, do tego, żeby w końcu zakasać rękawy i "skrobnąć" kilka słów o nowej fascynacji. O zespole i płycie, która niszczy słuch i zmienia podejście do słuchania metalowego rzemiosła.

electric wizard

Kiedyś myślałem, że dobry metal musi mieć przedrostek thrash, żeby wokalista ładnie wrzeszczał, riffy były cięte, solówki długie a tempo szaleńcze. Jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że fajnie byłoby, żeby gitary miały w sobie ciężar, a perkusja wraz z basem tworzyła fajny groove. Teraz już wiem, że gdy chcemy posłuchać naprawdę szalonego i nieobliczalnego metalowego rzemiosła musimy sięgnąć po ten, który zwie się doom. Ta płyta doskonale nadaje się jako start z przygodą, która niewątpliwie odbije swe piętno na naszej muzycznej wrażliwości. Płyta "Dopethorne" wraz z poprzednią "Come My Fanatics..." stały się kamieniami milowymi w twórczości kapeli z Dorset, dały podwaliny pod całą nową falę tego typu grania. Recenzenci zachwycali się, że jest to "absolutnie najwolniejszy, najcięższy doom metal, jaki możecie sobie wyobrazić", i wcale nie przesadzali. Gdy słucha się tych szatańskich dźwięków, mega przestrojonych gitar (oczywiście w dół-ile się da), mocno zmanipulowanych wokali Oborna, nie ma wątpliwości, że to muzyka nietuzinkowa. Wystarczy, wspomnieć tu o kawałkach "Weird Tales", "I, the Witchfinder" czy "Dopethrone" (każdy z nich trwa grubo ponad 10 minut), by zdobyć się na stwierdzenie, że to ekstremum w muzyce. Fakt, nie jest to rzecz dla wszystkich, trzeba sporo samozaparcia by przebrnąć przez te epickie utwory, w których bas dziurawi głośniki, a wokal niczym diabelski krzyk wdziera się nam w głowę, ale kiedy już damy się zahipnotyzować, wpadamy w nirwanę i nic wokół się nie liczy.

Jestem przekonany, że sam Lucyfer puszczał poprzednie płyty Electric Wizard w piekielnej otchłani popalając jointa (przyjrzyjcie się okładce), śmiejąc się szaleńczo... Ten śmiech musieli usłyszeć muzycy, innej możliwości powstania tej płyty nie widzę.

 

P.S Za długą zwłokę i brak jakiejkolwiek notatki w nowym roku przepraszam, przy okazji licząc na wyrozumiałość czytelników (choć wcale wielu ich nie ma) oraz składając spóźnione lecz szczere noworoczne życzenia !

czwartek, 14 października 2010
"Nutka" nr 45: Meshuggah - "ObZen" (2008)

Powiem (a właściwie napiszę) szczerze, że pochłonęło mnie granie, które jest dla większej części zjadaczy muzycznego chleba, nie do słuchania. A to ze względu na brutalność, czy moc, na pozornej bezsensowności kończąc. Poprzednia opisana przeze mnie płyta, faktycznie może sprawiać wrażenie "głupiej", w tym przypadku natomiast, sprawa już nie jest tak prosta do ogarnięcia. Postawiłem sobie wyzwanie opisania, bądź przynajmniej lekkiego nakreślenia, tego co kryje się pod tytułem "ObZen". Jeśli czytają to dzieci, proszę o zamknięcie ich w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu (tym bardziej, jeśli będziecie mieli ochotę na małą próbkę dźwięków). Meshuggah.

obzen

Śliczna to muzyka, na prawdę. Tak skondensowanej bomby energetycznej dawno nie gościłem w swoim odtwarzaczu. Szwedzi z szalonego zespołu (Meshuggah oznacza w języku jidysz właśnie "szalony") proponują potężną dawkę metalowego rzemiosła, ale nie wyobrażajcie sobie, że jest to tępe napieprzanie w perkusje i szarpanie strun tak szybko jak tylko się da. Fakt, na pierwszy rzut ucha tak właśnie może to brzmieć, natomiast po dwóch czy trzech kawałkach, wiemy już, że prostota leży tu jedynie w odczytaniu symboliki okładki. To jak perfekcyjna technicznie jest to płyta, raczej dałbym do opisania muzykologom i teoretykom dźwięków, sam po prostu nie potrafię przekazać w kilku słowach wszystkich tych zmian tempa, synkop, polirytmicznych kompozycji czy chromatyki neo-jazzowej która daje się we znaki właściwie w każdym utworze. Wystarczy wspomnieć tu kawałek "Bleed", który doskonale nadaje się jako prezentacja całej płyty, choć oczywiście jest to stwierdzenie mocno na wyrost. Zespół skupia się na "łamaniu kości", jeśli słuchacz nie pozwoli sobie pogruchotać swoich członków, to kompletnie nie zrozumie "ObZen". Z resztą cała twórczość Jensa Kidmana z resztą ekipy, przyprawia fizyczny wręcz ból.

Właściwie w tym momencie mógłbym skończyć i pozwolić wam sprawdzić sobie tę płytę. Wszak takie zadanie ma ten blog, natomiast chciałem przestrzec, że pewnie odrzucicie "ObZen" już na wstępie. Tym którym płytka się spodoba polecam zajrzeć na "jutuba" i sprawdzenie kawałka "War". Czyste szaleństwo. Piekło wręcz. Ave Satan !!!

środa, 06 października 2010
"Nutka" nr 44: Superjoint Ritual - "Use Once And Destroy" (2002)

Poznajecie tego pana patrzącego na was z okładki albumu ? Tak, to Phil Anselmo - legenda. Przedstawiać nie trzeba, inaczej sprawa się ma z projektem Superjoint Ritual, którego był oczywiście liderem i wokalistą. "Side-project" naszego bohatera w skład którego wchodziła jeszcze jedna gwiazda metalowego świata Jimmy Bower (Eyehategod, Down), wyknowywał muzykę niezwykle ekstremalną. Pierwsze długogrające wydawnictwo "Use And Destroy" potwierdza tę tezę znakomicie.

superjoint

Wracając na moment do okładki, nie sposób przeoczyć znanego wszystkim symbolu "magicznej rośliny", ciężko również nie oprzeć się wrażeniu, że muzyka jest tu mocno nasączona THC. Wyobraźcie sobie taką sytuację - siedzicie w tramwaju, czy też w autobusie, włączacie swój odtwarzacz MP3 z tą oto płytką i nagle... wokół was pusto, nikt się nie dosiada, a starsze panie nie łypią złowieszczo okiem na zajęte przez was miejsce. Z waszych słuchawek dosłownie wydziera się Phil, a reszta ekipy dzielnie mu pogrywa. Ta płyta jest tak potężną dawką metalowego grania, że mało kto może wytrzymać do końca. Kawałki trwają średnio 3 minuty i oparte są na prostym, szybkim perkusyjnym bicie, banalnie łatwych riffach i krzyku (który z resztą Anselmo opanował do perfekcji). Za streszczenie całej płyty wystarczył by w zasadzie utwór "4 Songs" jeden z najdłuższych w całym zestawie, bo trwający ponad 6 minut. Zmieniające się motywy i tematy w tym kawałku, przyprawiają mdłości i człowiek ma szczerą ochotę palnąć sobie w łeb. Ale o to właśnie w tej muzyce chodzi. Ma być agresywna i mocna. Brutalna i prosta. Po prostu kopiąca tyłki.

Już sam tytuł mógłby stać się hasłem tej płyty - użyj raz i zniszcz. Większa część zjadaczy muzycznego chleba właśnie tak postąpi, ja wręcz przeciwnie! Będę wracał do tej płyty często z diabelską przyjemnością !

niedziela, 22 sierpnia 2010
"Nutka" nr 43: Corrosion Of Conformity - "Deliverance" (1994)

Po ciężkich bojach i "rozkminach" z wieloma płytami, czas w końcu coś napisać.

Jedna z moich obecnych fascynacji to zespół Corrosion Of Conformity, pewnie wielu z Was śmieje się ze mnie, że dość późno odkryłem tak ważny dla rockowej muzyki zespół, ale jak to mówią - "lepiej późno niż wcale". Przed Wami znakomita płyta "Deliverance".

coc

Pierwsze płyty zespołu osadzone były w dość surowym i hałaśliwym hard-core/punkowym klimacie. Charakter muzyki zmienił się wraz ze zrealizowaniem płyty "Blind" (91'), całość została wygładzona i bardziej przystępna, co nie znaczy, że chłopaki stracili na sile. Wręcz przeciwnie, idąc w stronę stoner rocka i heavy metalu poczynili znakomity krok w swojej karierze. Kolejnym plusem jest fakt, że przed mikrofonem na stałe zagościł Pepper Keenan. Jego charakterystyczny głos fantastycznie zgrywa się z ciężkimi gitarami i mocną sekcją rytmiczną.  Już otwierający płytę numer "Heaven's Not Overflowing" przedstawia nam zadziorność i świetne reprezentuje cały album. Jednak największym chyba "killerem" zespołu, stał się kawałek "Albatross", wydany na singlu, stał się hitem, a jego wolne tempo i moc może przypominać nam dokonania takich zespołów jak np. Black Sabbath. Natomiast kolejny numer, "Clean My Wounds" to wręcz radiowy hit. Poszarpany gitarowy riff i nerwowy bit, plus fantastyczny refren - to właśnie dostajemy słuchając trzeciej w kolejności piosenki. Dalej otrzymujemy akustyczną miniaturkę pt. "Without Wings", coś jakby folkowa melodia, delikatna i dająca chwilowe wyciszenie. Spokój nie trwa długo, "Broken Man" (nr.5), to powrót do wolniejszego tempa i potężnego brzmienia, podobnie sprawa ma się z utworem "Seven Days". Tutaj zespół postawił na melodię i raczej piosenkowy charakter, lżejsza zwrotka daje się zmieść przez fantastyczny refren. Na drugie danie otrzymujemy kolejny mini utwór "#2121313", a na deser powalającą końcówkę albumu z rewelacyjnym "Shake Like You" oraz zamykającym całość "Pearls Before Swine".

O sile tego albumu stanowi jego różnorodność, a jednocześnie trzymanie się wypracowanego stylu, który od pierwszych dźwięków zapada w pamięć. Siła, ale i lekkość. Prostota, ale i wyrafinowanie. Zdecydowanie płyta godna polecenia. Klasyka gatunku.

środa, 14 lipca 2010
"Nutka" nr 42: Jeff Buckley - "Grace" (1994)

Tragiczna śmierć w muzyce rockowej to za przeproszeniem chleb powszedni. Morza alkoholu, kilogramy koksu i innego świństwa, do tego przyzwyczaił nas świat długowłosych gitarzystów i genialnych wokalistów. Jednak przypadek Jeffa Buckley'a jest szczególny, jemu życie odebrała "bluesodajna" rzeka Missisipi. Tragiczna śmierć muzyka wstrząsnęła ówczesnym rynkiem, a jego jedyna wydana za życia płyta "Grace" stała się kultowa.

grace

Przyznam, że na dłuższą metę to dzieło może być męczące, wokaliza, niestrawna i irytująca zwykłego zjadacza muzycznego chleba, odstrasza. Lecz właśnie śpiew Buckely'a to rzecz tutaj najważniejsza. Pełen emocji i uczuć głos muzyka przyprawia o dreszcz na plecach, a kompozycje na długo wpadają w ucho. Stylistyczna różnorodność szeroko pojętej muzyki gitarowej, nie pozwala się nudzić, mamy tu wszystko - od gitarowych ścian a'la grunge, po delikatne, piękne ballady. Właśnie te wolniejsze numery stanowią o sile przekazu Jeffa. Kwintesencją jego wrażliwości stał się cover piosenki "Hallelujah" Leonarda Cohen'a (szersza publika może pamiętać ją z filmu "Shrek"), oraz autorski kawałek "Grace", ekspresyjny i łapiący za krtań nie pozwala zapomnieć o szczególnej manierze wokalnej Buckley'a. Kiedy słucha się takich piosenek jak "So Real" czy "Lover, You Should've Come Over" nie sposób dostrzec wpływu jakie artysta wywarł na kapele takie jak Coldplay i Radiohead. Mimo, że płyta ma już szesnaście lat, wciąż brzmi świeżo i elektryzująco, wprowadzając stan zadumy i wewnętrznego uniesienia.

Do pełni szczęścia potrzeba nam jesiennego wieczoru, szarugi za oknem i otaczającej beznadziei. Introwertyczny charakter tej płyty nie sprzyja długim, gorącym, letnim dniom, ale zapewniam was, że warto zapoznać się z genialnym debiutem Buckley'a i odlecieć.

 

 

środa, 31 marca 2010
"Nutka" nr 38: Seasick Steve - "Dog House Music" (2006)

Trudno dziś o muzycznych Guru. O ludzi, którzy w życiu przeszli wszystko, a mimo to nie poddali się i postawili wszystko na jedną kartę. Steven Gene Wold, zwany dalej Seasick Steve grywał w paryskim metrze, w Norwegii przeszedł rozległy zawał serca, który skłonił go do nagrania debiutanckiej płyty. Współpracował z Janis Joplin i Joni Mitchel, był kumplem Kurta Cobaina...

seasick cover

Wyglądem przypomina włóczęgę, gra na trzystrunowej gitarze, na nowo odkrył go Jools Holland w swoim autorskim programie. Ten sponiewierany przez życie człowiek, prostotą swego przekazu potrafi dotrzeć do serc od pierwszych prościutkich i oszczędnych dźwięków. Ta płyta zawiera 13 kompozycji, które śmiało można byłoby usłyszeć na werandzie Nowo Orleańskiego domku gdzieś w końcu XIX wieku. Korzenny blues i codzienne historie, to sedno tego dzieła. Seasick w swym śpiewie przekazuje nam wszystkie swoje najskrytsze emocje i bolączki tego świata, nie sposób nie dać się ponieść tak wspaniałej, emocjonalnej muzyce.

Jeśli macie dość odwagi, by zmierzyć się z życiem, koniecznie sięgnijcie po tę płytę. Po jej przesłuchaniu już nic nie będzie takie samo.

sobota, 13 marca 2010
"Nutka" nr 36: Down - "III: Over The Under" (2007)

Dość długo zmagałem się z niemocą i brakiem chęci do napisania czegokolwiek, aż tu nagle przypomniałem sobie, że jest gdzieś tam płytka, która bardzo mocno wdarła się w muzyczne zwoje i czekała, żeby odpowiednio potężnie wybuchnąć, rażąc przy okazji mocą i brzmieniem.

down - over

Co wspólnego mogą mieć zespoły takie jak Pantera, Crowbar czy Corrosion of Conformity? Ano poza tym, że wykonując ciężką odmianę "szansonów" gitarowych, posiadały w swoich szeregach muzyków, którzy stworzyli jeden z ciekawszych metalowych projektów ostatnich lat. Oto Phil Anselmo, Pepper Keenan, Kirk Windstein, Rex Brown i Jimmy Bower jako Down przez długi czas działalności (kapela sformowała się w 1991 roku, debiut wydany cztery lata później), wydali tylko trzy albumy. Płyta "Over The Under", ostatnie jak dotąd wydawnictwo, poraża mocą i brzmieniem. Muzycy nie zrezygnowali jednak z melodyjności, nadając kompozycjom szczególną "lekkość". Utworów słucha się nadzwyczaj przyjemnie, a przecież każdy osłuchany "meloman" wie, że pan Anselmo pokrzyczeć lubi. Warto wspomnieć też o wyraźnej inspiracji klasykami rockowego grania, przede wszystkim o Led Zeppelin. Kompozycja "Beneath The Tides" to wręcz kopia "When The Leeve Breaks" wspomnianych "mistrzów". Bynajmniej to nie atak w stronę Down, wręcz przeciwnie. Chłopaki świetnie operują znanymi patentami, a solówka zagrana techniką slide przyprawia o dreszcz.

"Over The Under" to świetnie zrealizowany longplay, kapeli, która potrafi zaskakiwać. Zespół wypracował specyficzne brzmienie i gra "z głową". To ważne, bo płyta nie nudzi, a trwa ponad godzinę i naprawdę daje sporo radochy. Niecierpliwie czekam na czwartą płyta, która podobno rodzi się gdzieś w Nowym Orleanie.

niedziela, 31 stycznia 2010
"Nutka" nr 35: Tom Waits - "Blue Valentine" (1978)

Tom Waits dawno temu pojawił się już na łamach tego pokręconego bloga (patrz tutaj), ale nie sposób omijać jego twórczości i opisywać tylko jego debiut. Tym razem sięgam po najbardziej chyba bluesową płytę Mistrza - "Blue Valentine"

Tom Waits - Blue Valentine

Szósta w dorobku, wydana została w 1978 roku i przyniosła zmiany. Przede wszystkim dla fanów zaskoczeniem może być odejście od tradycyjnego jazzowego bandu, a zastąpienie go bardziej rockowym, czy bluesowym. Co prawda otwierający album utwór "Somewhere (From West Side Story)" Bernsteina i Sondheima przywodzi na myśl wcześniejsze dokonania artysty, te bardziej musicalowe i "filmowe", a kawałki takie jak "Christmas Card From A Hooker In Minneapolis" czy "Kentucky Avenue" podtrzymują ten klimat, reszta jest już odmienna. Przede wszystkim trzeba tu wspomnieć o "Red Shoes By The Drugstore", które daje lekkie światło na późniejsze eksperymenty Waitsa, oraz o stricte bluseowym ponad ośmiominutowym "$29.00". Wspaniale bujająca kompozycja długo pozostaje w naszych głowach, choć to przecież tradycyjny blues, zero innowacyjności. Warto też wspomnieć o "najmocniejszym" w całym zestawie utworze "Whistlin' Past The Graveyard", prowadzony przez gitarowo-saksowonowy riff, trochę skoczny, nerwowy. No i na deser przepiękna piosenka "Blue Valentines". Delikatna i stonowana, utrzymana w konwencji bluesowej ballady, to tylko gitara na której akompaniował Ray Crawford i śpiewający Tom. 5 minut i 50 sekund czystej przyjemności.

Płyta "Blue Valentine" może nie jest największym artystycznym osiągnięciem Waitsa, ale za to trafia prosto w serducho i sieje egzystencjalne spustoszenie. Po kilkukrotnym przesłuchaniu ma się ochotę zamknąć w pokoju i nie wychodzić do ludzi przez kolejny tydzień. Cudowna płyta, trzeba znać...

 
1 , 2 , 3

Kim jestem?
Tomasz Wolf
Pasjonat i entuzjasta muzyki wszelakiej.
Gatunek i styl nie grają roli.
Tutaj chodzi o uczucia


czego słucham
mail





ilu was?
licznik odwiedzin